miasto wykręca się w sobie
prześwit luty
przedświt
biegnę
brzydkim, koślawym mostem
z którego leciało
cielsko, myśl, telefon
wysnuwało się z dłoni
przez błękitne bariery
przęsła
szczczerbate zęby
patrzy mi w oczy cielę
skorupa, mięso:
psy węszą poniżej
szukają resztek
ja pilnuję jak stróż
przychodzę na wartę
ja jestem
pod spodem siebie
pocę się pod płaszczem
w kieszeni pół chusteczki
do nosa
takiej, za którą już wstyd
miasto wykluwa się w sobie
stara łąka kruków
dusi pisklę
czas na drugą zimę
drugie pół wieczności