07 stycznia 2024

Cebula
Zofia Rozbiecka

Wersja audio

 

Jeszcze przed wschodem słońca, przed pierwszą trzeźwą myślą, ostatnim słowem ze snu i wyostrzeniem wzroku –

już budzi się. Wypada jak kamień z nocy – w dzisiaj, prostuje senne cielsko i stawia

krok

po kroku.

Ubiera się. Znajduje na ślepo okulary, wciąż jeszcze całkiem zbędne dla zamglonego wzroku i dla zamglonych myśli. I tylko stary nawyk unosi go ze sobą. Więc daje się tak ponieść z pokoju do pokoju, z drzwi do drzwi, z progu na próg i od domowej ciszy do ulic i hałasu, w zimowy, szary świt. Już siódma, ranek. Biedny – bo biegnie na przystanek i nawet nie ma czasu, by przysiąść i zapłakać.

 

Więc nieskażony myślą, wczorajszy, z suchym okiem, wędruje prostym krokiem przez całą resztę życia. Po drodze: Jan, kolega, poznany w czasach szkolnych, od dawna niewidziany. Nie poznał go. To szkoda, choć całkiem zrozumiałe, a zwłaszcza o tej porze. I dalej: praca. Niezła, bo ważne, że z niej może jakkolwiek żyć i przy tym po drodze nie zwariować. Pół doby i spokojna, bo pusta głowa. Potem jak z domu, tak od nowa – ta sama droga z pracy, niezmienna, bo już znana. Wieczorem odwiedziny u matki, bo bądź co bądź, wypada ją odwiedzać. A ona – jak to mama, co tydzień o tym samym, bo zwykle siedzi sama, to samo opowiada i pyta: czy coś jeszcze? gdy znów podsuwa talerz bez żadnej odpowiedzi, a on się wgapia w wiecznie włączony telewizor i tylko kiwa głową. Godzinkę, dwie tak siedzi i wreszcie: znów do domu. Bez zdziwień, rewelacji, poruszeń – aż do siódmej.

 

Siódma, wieczór. Czas kolacji. Najwznioślejsza pora doby, choć z początku – niepozorna. Na kolację – ot, makaron, z sosem takim, jaki zrobi, gdy przeszpera już lodówkę i zobaczy, co w niej trzyma. Ale zawsze go zaczyna

od cebuli.

Ach – cebuli.

I cebulą rozpoczyna oraz kończy ten rytuał.

Sięga po nóż, już cebulę dzielnie kroi; i przebija się przez warstwy, jakby im nie było końca; a spod każdej z nich wypływa

kwaśna łezka.

Opłakuje:

że nie ujrzał

wschodzącego późno słońca,

że sen urwał wpół, że nigdy

już nie dośni go do końca,

że znów ślepo – w ciemny ranek

z ciemną głową, ciężkim krokiem –

szedł w milczeniu.

Że przyjaciel

niewzruszonym, pustym wzrokiem

mógł mu spojrzeć prosto w oczy,

jakby nic nie rozpoznawał.

Że

z widzianą w każdy piątek, regularnie, jak należy,

ukochaną

starą

matką –

nie zamieni szczerze słowa,

a jej: puszcza mimo uszu;

że tak wiedzą i hałasem

ciąży mu bezmyślna głowa

i że jutro

że od nowa

wszystko zacznie, tak, jak dzisiaj,

i że noc znów taka

sama. I że on jest sam –

niezmienny.

Opłakuje:

ciszę nocy.

Pustkę domu.

Śmieszność swoich

łez – wylanych nad cebulą

i cebulą wyciskanych.

Oraz to, że nie ma komu,

nie ma po co, nie ma kiedy,

troszczyć się o jego żale,

nazbierane tak wytrwale i tak skrzętnie przez pół doby,

przez ten długi, ciężki, ciemny, nudny dzień,

aż do wieczora.

Do końca dnia.

Kolacji.

Już.

Minuta mija.

Spada nóż

i spada łza

Ostatni raz.

To olej skwierczy.

Mija czas

na żal i gniew, i każdą myśl,

zamkniętą szczelnie do wieczora,

schowaną na dnie serca, głowy

i wreszcie uwolnioną łzami.

Do czosnku,

grzybów,

pomidora,

dodaje jeszcze sos sojowy.

I sypie hojnie: sól, pieprz… co tam odnajdzie w szafce z przyprawami.

Podsmaża ładnie na patelni, wlewa śmietankę, łychą miesza;

jest schludny: co ubrudził, myje; a co już umył, to odwiesza.

 

I w międzyczasie ugotował, czy przegotował swój makaron, i już nie czeka, aż wystygnie, bo na to nie ma cierpliwości, i nie ma czasu, i ochoty. Nakłada sobie pełen talerz, chociaż nie czuje apetytu. Je szybko, bo ma jeszcze pełno i makaronu, i roboty; i pełne ręce, pełen etat; a brzuch, mieszkanie, serce – puste.

 

I wyszło dobrze.

Nie za ostre.

Nie przesolone.

Nie za tłuste.

 

I jeszcze tylko straszna cisza dudni mu w uszach jak szyderstwo, kiedy dojada i dopija, i patrzy tępo na dno szklanki. Nareszcie wstaje od stolika. Włącza muzykę. W tle przygrywa playlista z lat osiemdziesiątych, a za oknami gasną światła i zasuwają się firanki. I on zasuwa, gasi, łazi chwilę bez celu po mieszkaniu, bardzo przestronnym dla jednego nieruchliwego domownika (bez zwierząt, gości, bez znajomych).

 

Wzdycha i wraca do stolika.

 

Przed snem przegląda wiadomości, bo woli wiedzieć, co się działo, a do snu nie iść z pustą głową i niezajętą niczym myślą – bo kto wie, na co taka spełźnie i jakie sny się z takiej przyśnią, i jakie z jawy – ze snu przyjdą.

 

Choć nadal

jedna – niestrącona wieczorem łezka krąży w oku,

jak sekret skryta pod powieką, ale bolesna tak jak drzazga.

Może wypłynie, kiedy w mroku wspomnienia z ranka mu się przyśnią,

i gdy rozumem znowu wstrząsną przedziwne dobre i złe sny.

Nie znalazł nadal antidotum na zmory dzienne.

Jeszcze zdąży.

Ale dziś dzień jak rok mu ciąży – tak pusty, prosty, długi, zły.

Opada głowa i powieka. Zmęczoną twarz spowija cień.

Niech trwają sny, nim dzień je przerwie.

I niech przez noc się leją łzy.