Zbliżałam się do niej mimowolnie. Tak jakby mój ciężar nie pozwalał mi zmierzać w jakimkolwiek innym kierunku. Byłam wrzucona w nieznane. A moje ciało stawało się coraz mniejsze, im większej prędkości nabierałam. To nie mogło się skończyć dobrze. Jestem chyba dla niej zbyt wątła, zbyt delikatna, byśmy mogły współistnieć.
P L A S K.
Rozłożyłam się na niej jak na łóżku, po całym dniu wyczerpującej roboty, gdy zmęczenie przejmuje każdy centymetr twojego ciała, a ty przez chwilę czujesz, że nie należysz do niczego w tym okrutnym świecie. Rozkładałam się i rozkładałam, coraz bardziej, wydłużając każdy milimetr mojego ciała przynajmniej trzykrotnie. I gdy moja świadomość złączyła się ponownie z fizycznym bytem, mogłam w końcu spojrzeć na nią, po raz pierwszy, wyraźnie. Kim jesteś? Czemu przyjęłaś mnie z otwartymi rękoma? Gdy na nią patrzyłam, czułam, jakbyśmy były zrobione z prawie identycznej materii –na tyle podobnej, by się odróżnić, i na tyle różnej, by móc czasami być jednym i tym samym. Odbijałam się w niej tak dokładnie, że widziałam każdy element składający się na mnie. Widziałam, gdzie się zaczynam i gdzie kończę. Ale im dłużej to trwało, tym wyraźniej mogłam dostrzec mnie w niej, a nią we mnie. Przemnażałyśmy się, na początku tylko dwa czy trzy razy. Patrzyłam cierpliwie na to, ile razy przekładam się pomiędzy nią. Za każdym razem liczba mnożyła się do kwadratu –dziewięć, osiemdziesiąt jeden, sześć tysięcy pięćset sześćdziesiąt jeden, czterdzieści trzy miliony czterdzieści sześć tysięcy siedemset dwadzieścia jeden. Ale gdy zdołałam się otrząsnąć, byłam tam tylko ja i ona.
Chciałam, żeby kochała mnie tak mocno, że gdybym umarła, jej serce pokruszyłoby się na milion kawałków. Nie odbijałaby niczego oprócz wspomnienia tego dokładnego momentu. Potem oczywiście by się pozbierała, zaczęła zauważać pojedyncze fragmenty rzeczywistości, ale przez jedną krótką chwilę cały jej świat by się załamał. I tak długo, jak wszystko, co odbite będzie istniało, będziemy o sobie pamiętać – o tym, ile lat zajęło nam, by się znaleźć i jak szybko wszystko zdążyło minąć.
Przeszłam z nią tak wiele, zostawiłam mój ślad na całej jej powierzchni, a jej szept wciąż wplata się pomiędzy moje szczeliny. Przypomina mi ten pierwszy raz:
– Cześć, jestem lusterko.
– Hej, jestem kropla.
Nic więcej nie było nam potrzebne.
A teraz zaczynam spoglądać w dół i widzę już ziemię. I nie ma w niej niczego więcej. Jest taka, jaka jest, nie zmienia się i zawsze mnie przyjmie. Spadam coraz niżej, zmniejszając się z każdym centymetrem, pozostawiając część siebie dla niej, choć ona nie odwdzięcza się tym samym. I tak jedynie maleję i maleję, spowijając jej rany moim ciałem. Im bliżej końca, tym więcej tych pęknięć przede mną. Próbuje je wypełniać jak klej, trzymając wszystkie złączone, ale każdy kolejny raz okazuje się coraz trudniejszy. Jestem tylko kroplą. Wcześniej szłam tak gładko, jak naostrzona łyżwa po zamarzniętym jeziorze. Może to właśnie ja jestem powodem tych ran? Łudziłam się, że prędzej czy później musiałam na nie natrafić, ale może ich wcześniej wcale nie było? Ale kto potrafi przewidzieć przyszłość, gdy wciąż chcesz tak kochać i trzymać i gładzić i czuć, że możecie istnieć bardziej, gdy jesteście razem? Nikt kogo dotychczas poznałam.
Już jedną stopą jestem na ziemi i dla ciebie będzie to znaczyło mój koniec, lecz dla mnie – nowy początek.