Kochał się w gęstości mojego ciała, nieświadomy, że gdyby ustawił je pod światło, byłoby niemal przezroczyste. Tamtego wieczoru czesał moje nienaturalnie ciężkie, lśniące i zawsze słodko pachnące włosy. Jego palce przesuwały się po misternym oszustwie, którego najmniejszych szwów nie potrafił dostrzec. Siedziałam nieruchomo na rzeźbionym z kości słoniowej stołku, jak posąg. Pozwoliłam mu wpinać w złote loki bogato zdobione spinki i udawałam, że oddycham. Unosiłam i opuszczałam ramiona w miarowym, wyuczonym rytmie, choć moje piersi nie potrzebowały powietrza.
W dole, za grubymi murami wieży roztaczał się monotonny ryk długiej wojny. Nic już nie potrafiło zagłuszyć szczęku metalowych zbroi i krzyków mężczyzn uginających się pod ciężarem włóczni. Wszyscy, od najwyższych rangą wodzów zaczynając, a kończąc na chłopcach wyrwanych z objęć zdruzgotanych matek, oni wszyscy przelewali krew za imię, które nosiłam jak pożyczoną szmatę.
Parys przyłożył ucho do mojego mostka, przymykając oczy. Wiedziałam, że owszem, słyszy bicie serca, ale moje puste, utkane z chmur i boskiego gniewu wnętrze nie miało tętna, odbijało jedynie gorączkowe, śmiertelne uderzenia jego własnej krwi. Z zamkniętymi oczami wyglądał jak młody chłopak. Często zastanawiałam się, jak to możliwe, że niczego się nie domyślił. Zdumiewała mnie ślepota mężczyzn patrzących na obiekt, który rozpaczliwie chcieliby posiąść. Otaczali mnie najmądrzejsi z mądrych, ale żaden z wojowników, kapłanów badających wnętrzności ptaków, czy starców obserwujących mnie lubieżnie znad Bramy Skajskiej, nie zadał sobie trudu, by mi się dokładniej przyjrzeć. Nie zauważali, że nigdy nie mrużę oczu patrząc pod słońce, a na mojej gładkiej, pozbawionej włosów skórze, nawet w najnieznośniejszym upale nie pojawiają się kropelki potu. Ich pycha utkała wokół mnie pancerz, jak się zdawało, nie do przebicia. Obydwie strony wolały rzucać pokolenia swoich synów w ogień, niż dopuścić do siebie myśl, że być może nie są pewni, za co walczą. Wiedziałam, co o mnie mówiono. Czy jednak o mnie? Czy o tej, na podobieństwo której mnie stworzono? Jestem wytworem, zbiorem znaków i elementów, które naśladują istotę ludzką, ale nią nie są, nie powinnam więc analizować swojej egzystencji. Odczuwałam jednak coś, co przypominało cierpienie. Za każdym razem, gdy Parys odchodził, a cisza wokół mnie stawała się tak głęboka, że słyszałam szum własnych, nieistniejących przecież chmurnych żył, zadawałam sobie pytanie: kim jestem? Ta druga, prawdziwa, miała imię, które coś znaczy, moje to tylko nazwa fizycznego zjawiska.
W pierwszych latach istnienia nie czułam potrzeby posiadania wspomnień, ale im dłużej trwały walki, tym bardziej bezsensowna się czułam. Nie miałam przeszłości, pamiętałam jedynie koszmar wybudzenia w obcym ciele, zaprogramowanym, by uwodzić. Rozpoznawałam w ustach posmak oliwek jedzonych podczas biesiad w Sparcie, ale czy to był mój smak, czy kolejny element wszczepiony w mą tkankę przez Herę? Tak, bym nie zapomniała o swej roli? Kiedyś byłam obojętna na rzeź pod murami, puszczałam mimo uszu ryk napierających z obu stron wojowników, rozdzierający płacz dzieci i zrezygnowane krzyki o pomoc gwałconych kobiet. Teraz budził się we mnie mdły, duszący żal i przerażenie: to wszystko przeze mnie? Czy jednak przez tę drugą, prawdziwą? A może, pocieszałam się w najgorszych chwilach, może żadna z nas nie leży u źródła? To chyba niemożliwe, by tyle lat bić się o kobietę? Gdyby tylko znali prawdę… Bogowie obiecali mi, że nie będę mieć myśli innych niż te, które wgrano w chmurze, ale Hera nienawidziła Heleny, więc dlaczego miałaby być miłosierna wobec mnie? Czy byłabym w stanie odróżnić własne ja? Gdybym wykrzyczała moje prawdziwe, własne imię, Nefele, wiatr natychmiast rozniósłby je po placu boju jako bezsensowny szum, ginący wśród innych dźwięków. Byłam nikim.
Parys wybudził się z drzemki. Po jego czole spływały krople potu.
– Coś strasznego się stało – powiedział cicho. Trwał chwilę w bezruchu, jakby czekał, aż coś powiem, ale ja chciałam, żeby odszedł. Spojrzał na mnie z niepokojem. Wyszedł.
Zostałam sama. Wciąż słyszałam krzyki, odgłosy trwającej latami wojny. Podniosłam się ze stołka i podeszłam do lustra. Rejestrowałam odbicie, choć wydawało mi się rozmyte. Zapragnęłam zapłakać nad losem umierających i tych, którzy przetrwają, ale z moich oczu nie płynęły łzy. Zamiast tego, źrenice na ułamek sekundy bielały, przypominając malutkie kłęby burzowych chmur.
Nagle, bez pukania, do mojej komnaty wszedł Hektor. Bałam się na niego spojrzeć, ale jego oczy wytrwale szukały moich. Musiałam się im poddać. Całą twarz miał we krwi, w walce rozcięto mu policzek i skórę nad prawą brwią. Patrzył na mnie z nienawiścią tak żywą, że odczułam strach. Śmierdział błotem i krwią. Nie wiedziałam, co tutaj robi i czego ode mnie oczekuje. Czy mam opatrzyć jego rany? Nie posiadałam żadnej wiedzy na ten temat. Czy może przyszedł po Parysa? Nie chciałam milczeć zbyt długo i już miałam coś powiedzieć, gdy mnie ubiegł.
– Pani – rozpoczął uprzejmie – zginęło już tak wielu synów trojańskiej ziemi, ja sam ledwo stoję na nogach. Jak długo jeszcze będzie trwała ta wojna?
Nie wiedziałam, co mu powiedzieć, analizowałam możliwości, ale zdawałam sobie sprawę z tego, że moja odpowiedź musi być wyważona, balansować na granicy narzuconego mi boskiego skryptu i budzącego się we mnie tragicznego współczucia. Ku swojemu zdziwieniu, zamiast odpowiedzi godnej Heleny, wyrzuciłam z siebie mechanicznie:
– Świetnie postawione pytanie, jednak nie ma na nie jednoznacznej odpowiedzi.
W szoku i jednoczesnym zażenowaniu zakryłam dłonią usta. Hektor spojrzał na mnie bez zrozumienia.
– Rozwiń to, jeśli możesz, łaskawa pani.
Komenda rozwiń wywołała we mnie natychmiastową reakcję. Zanim jednak wypuściłam z siebie potok słów, zdołałam przybrać wyraz twarzy i brzmienie głosu Heleny.
– Pytasz o czas, Hektorze, jakby bogowie mierzyli go tak samo jak ludzie. Wojna będzie trwała tak długo, jak wy i oni, tam, na plaży, będziecie czuć potrzebę, by we mnie wierzyć.
Powiedziawszy to, skłoniłam lekko głowę, nie mogąc znieść jego spojrzenia. Nie musiałam na niego patrzeć, by wiedzieć, że tracił cierpliwość.
– O czym ty mówisz? Wierzyć w ciebie!
Zrobił krok do przodu, a przecież nikt nigdy, poza Parysem, się do mnie nie zbliżał. Nikt nigdy, poza Parysem, nie rozmawiał ze mną wprost.
– Ta wojna, Hektorze, nie skończy się dopóki wasza duma nie nasyci się krwią tak bardzo, że rzeź stanie się cenniejsza niż powód, dla którego ją zaczęliście.
Między nami zapadła cisza i przez moment jedynym dźwiękiem w komnacie było ciężkie i świszczące tchnienie zmęczonej piersi Hektora. Złapał się za lewy bok i z trudem podszedł do stołka, na którym siedziałam przed chwilą, a wcześniej przesiedziałam lata. Ku mojemu zdziwieniu, roześmiał się.
– Postanowiłaś zostać wyrocznią?
Nie rozpoznałam tego pytania, nie potrafiłam sformułować odpowiedzi. Wpatrywałam się w jego rozcięty policzek, który musiał powodować rozrywający ból przy śmiechu.
– Powiedz mi, czy uważasz, że chronię mój dom z żądzy krwi? Że każdego ranka ogarnia mnie pragnienie, by kilka godzin po śniadaniu zmywać z twarzy wnętrzności moich przyjaciół? I to wszystko tylko po to, by nakarmić moją dumę?
Powstrzymując jęk wywołany bólem wstał i podszedł blisko mnie. Jego smród zmieszał się z moim zapachem, zachciało mi się wymiotować. Ale czym? Hektor miał mi jeszcze wiele do powiedzenia.
– Mój brat sprowadził cię do tego miasta, mój ojciec otworzył wam bramy, ale ja, ja nigdy cię tu nie chciałem, nie chciałem tej wojny. Codziennie wkładam zbroję tylko dlatego, że beze mnie moi ludzie, tam, na dole, zostaliby wyrżnięci jak stado owiec, a moja żona i malutki syn trafiliby do niewoli. Tak, może masz rację, walczę o krew, bo ta krew płynie w żyłach moich i mojej rodziny.
Dziwnie poruszyło mnie to, co powiedział, ale milczałam. To coś, co było w środku mojej głowy, nie znajdowało odpowiedniej reakcji. Widziałam, że tym złoszczę go coraz mocniej, że rzeczywiście opanowała go żądza krwi, tym razem mojej. Chciał mnie zabić. Nie wiedziałam, co bym zrobiła, gdyby spróbował. Milczenie doprowadziło go do furii. Zdecydowanym krokiem podszedł do mnie i brutalnie chwycił za nadgarstek. Poza Parysem, nikt nigdy wcześniej mnie nie dotykał. Hektor zamarł. Rozluźnił uścisk i przez moment delikatnie trzymał palce w miejscu, w którym widoczne były małe, podskórne przewody naśladujące żyły. Na kilka sekund przeniósł dłoń na moją szyję, a potem na klatkę piersiową. Wiedziałam, czego szuka. Cisza, pustka.
– Kim jesteś? – zapytał, odsuwając się ode mnie.
– Jak to kim…
Próbowałam podtrzymywać całe to przedstawienie, szukałam gotowych zdań, wskazówek, czegokolwiek, co pomogłoby mi odpowiedzieć Hektorowi. Widok jego przerażonej, zakrwawionej twarzy wzbudził we mnie tak silne emocje, że miałam ochotę powiedzieć mu prawdę, od początku do końca. Czy jednak miałam prawo to zrobić po tylu latach rozlewu krwi?
– Wiesz przecież, kim jestem – powiedziałam, ale coś we mnie zaczęło się psuć. Nie przemówiłam słodkim głosem Heleny. Tym razem dźwięk, który wydobyłam z ust brzmiał raczej jak wiatr szumiący w koronach drzew.
Hektor uniósł swój miecz, podszedł do mnie i wbił go prosto w mój brzuch. Zachwiałam się lekko, ale nie czułam bólu. Popatrzyłam na kawał metalu wbity w moje wnętrzności. Mężczyzna wyjął broń, ale nie było na niej krwi, jedynie kropelki wody.
– Kim ty jesteś?
Zapłakał. Nie mogłam już dłużej ukrywać przed nim prawdy. Zakryłam dłonią ranę po szabli, wiedziałam, że za kilka chwil zniknie, i przez moment zbierałam myśli. Zrobiłam krok w jego stronę.
– Nie ma tu żadnej Heleny, Hektorze – wyznałam cicho, zdając sobie sprawę z tego, że moje słowa zaważą od tej chwili na wszystkim.
– Prawdziwa córka Zeusa – kontynuowałam – nigdy nie postawiła stopy na trojańskim statku. Siedzi w Egipcie i popija wino. Patrzy na rzekę bezpieczna i nietknięta. Ja jestem Nefele, tak mnie nazwano, i rzeczywiście tylko tym jestem, chmurą. Hera stworzyła mnie na podobieństwo królowej Sparty z mgły i burzowych chmur, włożyła we mnie głos, myśli, manieryzm Heleny. Ale ja nie jestem nią.
Hektor wpatrywał się we mnie bez słowa. Wiedziałam, że tym, co mówię, zadaję mu rany głębsze niż te, których nabawił się walcząc.
– Giniecie za mgłę. Cały ten teatr dzieje się wokół pustki.
Poprawiłam suknię i odwróciłam się, nie mogłam patrzeć na tego nieszczęśnika. Spodziewałam się krzyku, wyzwisk rzucanych w moją stronę, przemocy. Tymczasem Hektor milczał. W lustrze widziałam jego ciało, które do tej pory było napięte i gotowe do działania, mimo obezwładniającego bólu. Teraz zwiotczało i brat mojego kochanka zwalił się całym swoim ciężarem na ziemię. Leżał tak długi czas, bez ruchu, bez słowa. Przeniosłam wzrok z jego ciała na moją twarz. Wciąż była idealna, kąciki ust w dalszym ciągu podnosiły się w delikatnym uśmiechu najpiękniejszej kobiety na świecie.
Do moich uszu znów dobiegł cichy, histeryczny śmiech. Nie rozumiałam tej reakcji, nikt mnie na nią nie przygotował.
– Czy powiesz innym? – zapytałam delikatnym, wzorcowym głosem.
Hektor zamilkł i podniósł się z ziemi. Podszedł do mnie i stanął za moim plecami. Patrzyliśmy na siebie w lustrzanym odbiciu.
– Jeśli powiem im teraz, że jesteś tylko zjawą, że prawdziwa Helena jest bezpieczna i może przemieszczać się bez trudu, i tak mi nie uwierzą. Ja też bym nie uwierzył. Nazwą mnie tchórzem, niezdolnym do obrony własnego miasta, wycofującym się ze strachu z pola walki. Skazałaś nas na ten spektakl, kimkolwiek jesteś, będziemy więc dalej w nim grać. Rozlejemy jeszcze więcej krwi w imię tego nic, którym jesteś. Jedyne, co mi pozostało, to obowiązek walki za tych, którzy padli przede mną.
Wyszedł z komnaty powoli. Nigdy więcej się nie zobaczyliśmy.
Marta Wierzbicka – absolwentka filologii klasycznej i Studiów Literacko-Artystycznych na Uniwersytecie Jagiellońskim. Miłośniczka niepokojącej prozy, muzyki i starożytnej Grecji. Można ją znaleźć na Instagramie na koncie @realzagreus.