Podglądałam, gdzie trzymają klucze – byłam częścią krajobrazu, mogłam całymi dniami stać i gapić się w punkt, w cudze okno lub drzwi – nie było w tym nic podejrzanego. Dłonie chowałam w rękawach, bo po dłoniach można było mnie poznać. Poza dłońmi nie miałam nic, co zwróciłoby uwagę. Siadałam na krawężniku i czekałam, aż ktoś wsunie klucze pod donicę, wrzuci walizkę do auta, trzaśnie drzwiami i odjedzie. Zakładałam plecak, powoli wstawałam, tuż pod domem wysuwałam palce z rękawów i sięgałam po klucz.
Wchodziłam do środka.
Byłam bezdomna. Odgrywałam jednak sceny, regularnie, o życiu normalnym, a w nim najbardziej bawiła mnie miłość. Otwierałam lodówki, wyciągałam z nich: ser, owoce, masło, wino, kurczaka, dżemy. Majonez i coca-colę. Rozkładałam wszystko na stole, chwilę szacując możliwości, kategoryzując styl, sumując smaki. Puszczałam jakąś muzykę, sprawdzałam kolor bielizny i ręczników w łazience. Zanurzałam palce w żarciu, wkładałam do ust, mówiłam: „sprawdzam”. Przymykałam oczy, starałam się to złapać.
Potem dzwoniłam.
Te domy miały ich w komplecie – puszczałam sygnał i szłam zrobić kąpiel. Szorowałam się mocno. Czerwona skóra intensywniej chłonęła atmosferę, nasiąkała pachnącymi świeczkami i mydłem. Po kąpieli ubierałam szlafrok; gdy go nie było, zostawałam naga. Smarowałam się kremem. Nacierałam pięty solą, a łokcie cukrem. Zaparzałam herbatę i odpalałam peta, kładłam go na brzegu szklanki jak kadzidło. Opierałam brodę na dłoni. Zaciągałam się dymem, biernie. Brałam łyk wrzątku. Zakładałam włosy za ucho, skubałam skórki przy paznokciach. Liczyłam do dziesięciu, a potem do trzech.
Czekałam na zabawę.
Kochanie się w cudzych domach.
Kochanie się tylko w cudzych domach, nigdy poza.
Kochanie się w cudzym życiu, nigdy w swoim, na zewnątrz.
Kochanie się w cudzy sposób, który narzucały domy.
Dzwonek do drzwi.
Miałam system, starannie przemyślaną strategię zdejmującą ze mnie decyzyjność i poczucie winy. Był dość logiczny; dzięki temu każdy wiedział, co należy robić, jak zacząć, bez niezręczności. Nie trzeba było pytać, upewniać się, co kto lubi i czy w ogóle coś. Stawali nade mną w rozkroku, ja wskazywałam palcem. Konkret:
Czerwone ściany – bicie po twarzy i plucie w oko.
Skrzynie pod łóżkiem – wiązanie.
Żaluzje w oknach – fisting.
Brudne gary w zlewie – anal na stole.
Zwierzę w mieszkaniu – duszenie i bicie pasem.
Psujące się owoce – głębokie gardło.
Biały sufit – gryzienie (chciałam być gryziona, ale też gryźć. Jeśli dodatkowo penis był biały, czasem nie udawało mi się powstrzymać).
Kochanie się z obcymi mężczyznami w cudzych domach.
Kochanie się tylko z obcymi, nigdy z kimś więcej.
Kochanie się z mężczyznami, nigdy ze sobą, na zewnątrz.
Kochanie się w obcy sposób, który narzucali oni.
Spuszczali mi się do ust. Za każdym razem chciałam, żeby doszli we mnie, żeby doszli w cudzym domu, a potem wyszli, trzaskając drzwiami. Za każdym razem. Zamykałam oczy, przełykałam ciepłe. Ich już nie było. Trochę spermy zawsze lądowało obok, jako potencjał cudzego życia w cudzym domu, pamiątka dowodu. Zapach, taki trochę kwaśny, gorzki. Śluz. Czerwone ściany. Pręgi, brudne gary. Kocia sierść. Gnijąca gruszka. Firanki i jakieś pudła. Ciepła czerwona skóra. Stół. Bałagan. Książki, wieża babel.
Czasem włączałam telewizor i odpalałam peta. Oglądałam chwilkę, bez zaangażowania. Góra dziesięć minut. Potem ubierałam się, związywałam włosy, zgarniałam niedopałki do kieszeni, przepłukiwałam usta. Dłonie chowałam w rękawach. Rozglądałam się wokół, po cudzym domu. Liczyłam do trzech, a potem do dziesięciu.
Wychodziłam.
Byłam bezdomna. Odgrywałam jednak sceny, regularnie, o życiu normalnym, a w nim najbardziej przerażał mnie spokojny sen.
justyna hrycyk (1997) – kuratorka wypoczynku, pisarka, animatorka kultury, torciara i fanatyczka czipsów duszków. autorka książki „GIRL DINNER” (wyd. cyranka, maj 2026), za którą otrzymała nominację do gwarancji kultury 2026. pomysłodawczyni i założycielka letniego domu kultury „krzętowisko”. jej ulubiony cytat to „wszystko wszędzie naraz”. żyje w rozkroku pomiędzy wsią a miastem; najczęściej można ją spotkać we wrocławiu, w warszawie, w krzętowie lub we fiacie500, słuchającą bikini kill. instagram: @hrycunek.