18 października 2026

Czarno na białym
Norka Keller

Wersja audio

 

Pewien stary Włoch powiedział jej kiedyś, że wygląda jak Valentina z komiksu Guido Crepaxa. Od razu pomyślała, że to chwyt marketingowy, aby podeszła do jego stoiska, jednego z niewielu na bazarze w tym opuszczonym przez Boga miasteczku, szczególnie w taki upalny dzień, i zakupiła rzeczony komiks, jak i przy okazji inne fumetti, zakurzone i nadgniłe jak on sam – a jednak coś ją tknęło, by podejść, wyjąć cienki zeszyt z jego ręki i na lekko pożółkłych, czarno-białych kartkach znienacka zobaczyć siebie.

 

Ciemne, krótkie włosy, z grzywką, pełne usta i długa szyja, piersi małe, acz kształtne, wklęsły pępek, wąskie biodra z jeszcze węższą talią, subtelny meszek na łonie, szczupłe pośladki, uda i łydki i lekko wystające kostki. Valentinę narysowano w starannym detalu, nie pomijając ani jednego fragmentu nagiego ciała. Rzeczywiście wyglądały identycznie – pomijając oczywiście drobiazgi jak spalenizna i krostki i przebarwienia na skórze, które w druku ujednolicały się do bieli, i dziwaczny kolor włosów, który w druku wyrównywał się do czerni. Patrzyła się na Valentinę, a Valentina patrzyła się na nią. Stary Włoch chrząknął ponaglająco, tak, że aż się wzdrygnęła i, spąsowiała jak pomidor, pospiesznie wcisnęła mu do dłoni pierwszy lepszy banknot, który wyciągnęła z kieszeni równie czerwonej spódnicy.

 

Odeszła ze stoiska pospiesznym krokiem, trzymając komiks w dłoni, z palcem włożonym między miękkie strony niczym zakładka. Miała jeszcze załatwić parę sprawunków, to w mięsnym, to w aptece, lecz zrobiło jej się gorąco, być może od jednej warstwy ubrań za dużo, być może od słońca szczytującego na południowym niebie, a być może, nawet najprawdopodobniej, od stron pomiędzy palcami. Żwawo szła do domu, mimowolnie dopuszczając do siebie frywolną, słodką myśl, że ktoś taki jak ona, dosłownie ona, mógł być ucieleśnieniem piękna, powszechnym obiektem pożądania, Venus z Niziny Padu, ale parę dobrych lat temu na kartach nieco zapomnianego komiksu. Przysiadła w cieniu, na rozklekotanej ławce, pod uschłym drzewem, nie mogąc się oprzeć dalszej lekturze, chociaż przekartkowaniu paru stron – a na każdej wyglądała rozkosznie pięknie, miękkie łuki, lekkie krągłości, czerń i biel. Albo naga, albo ubrana szykownie, kusząco acz nietykalnie, ujęta pod najkorzystniejszym kątem, gdy robiła fotografie, piła przez słomkę w restauracji, odpalała papierosa w samochodzie, a nawet leżała na łóżku z termoforem na podbrzuszu. Na jednym z kadrów miała identyczną szeroką spódnicę, tylko czarną, i bluzkę bez rękawów, zapinaną na małe guziczki. Odetchnęła ciężko i wtem kątem oka zobaczyła, że ktoś się jej, lub Valentinie, przygląda. Jakiś dzieciak, może siedmioletni chłopiec, zerkał na komiks zza jej ramienia. Gwałtownie zamknęła zeszyt, zerwała się z ławki i bąknęła obruszona, non c'è per i ragazzi!

 

Zmierzając do domu, próbowała sobie przypomnieć, kiedy ostatnio czuła się tak atrakcyjna. W miasteczku, gdzie, notabene, tak jak Valentina pracowała jako fotografka, to raczej ona próbowała sprawiać, by jej klienci czuli się piękni i zadowoleni. Zresztą wszyscy byli tu raczej pruderyjni i zachowawczy, przynajmniej w godzinach pracy zakładu. Nie licząc dzisiejszego quasikomplementu od starego sprzedawcy, ostatnie miłe słowo na swój temat usłyszała od kochanka, parę tygodni temu, gdy odwiedziła go w jego mieście, przy okazji zaopatrzenia zakładu w klisze i chemię do wywoływania zdjęć. Miała jednak podskórne przeczucie, że taka prawda powiedziana w newralgicznym momencie mogła również dobrze być kłamstwem, szczególnie że od tamtego czasu wciąż jej nie odwiedził, a na krótkie liściki odpowiadał jeszcze bardziej zdawkowo, że jest teraz zajęty i przyjedzie później, lecz prosi o zdjęcia. Przechodząc przez bramę z przyzwyczajenia zajrzała do skrzynki – tym razem nie przyszło od niego zupełnie nic.

 

Wdrapała się na swoje poddasze i zdyszana uznała, że tym razem musi zmienić kolejność swojej pausy pranzo – najpierw się położyć, a potem zjeść coś na szybko i zimno (któż by gotował w takim upale?). Położyła komiks na chłodnej pościeli, którą też kupiła tam, u niego, w tym dużym mieście, już dawno temu. Była wobec niego lojalna, bo był jedynym człowiekiem, który widział ją taką, jaką była – przynajmniej na zewnątrz. Fascynowała go jej forma, uwielbiał rzeźbić jej przyjemność swoimi dłońmi. Kiedy ją widział, wszystko było dobrze. Lecz przez cały ten czas sytuacja była zgoła odmienna – Valentinę adorowało pięćdziesiąt tysięcy osób, tak przeczytała w drobnym druczku o nakładzie komiksu na wewnętrznej okładce, starych i młodych, kobiet i mężczyzn, raczej mężczyzn. Bezwiednie przeszła do następnych stron, rozkładając się na miękkim łóżku.

 

Między pięknymi ciałami Valentiny oraz innych bohaterek komiksu wychwyciła nić fabuły, fantastyczną historię o safickiej czarownicy i fotomodelkach umierających w ezoterycznych okolicznościach. Ciała białe jak papier migały między stronami, tyle piersi i pośladków i dołków na lędźwiach, wydziwione pozycje, erotyczne kombinacje, pożądliwe oczy i rozchylone usta, gorsety, węzełki, supełki i paseczki. Dobrze, że nie dotarła do tych stron, gdy tamten dzieciak podglądał zza ławki, pomyślała. Wszystkie kobiety objęte tymi zakręconymi, płynnymi konturami były piękne; mężczyzn praktycznie tam nie było. Czemu tak? Przez głowę przemknęła jej myśl, że te wszystkie kobiece ciała zostały rzucone na żer zachłannym mężczyznom, że nie powinno się na nie patrzeć, tylko przykryć, wziąć tusz i dorysować im ubrania, nawet zamazać wszystkie strony, przytulić je czarnym atramentem, aby nie dostały się w niepowołane ręce, tak jak ona sama, a skoro była dosłownie Valentiną, to jej też to groziło, i wszystkim innym kobietom, i ich ciałom uwiecznionym na kartach komiksu.

 

Mimo to rozgorączkowana kontynuowała lekturę, leżąc na boku, wiercąc się czasem, by rozpiąć guziczki bluzki, rozsunąć suwak spódnicy i zsunąć ją wzdłuż łydek. Nie była pewna, czy bardziej jest jej gorąco pod skórą, czy poza nią, od temperatury w małej, dusznej sypialni. Valentina wykręcała się ze wszelkich perypetii i ze wszelkich niepowołanych rąk. Czyż nie wolałyby wszystkie te nagie bohaterki, aby chociaż raz patrzyła na nie kobieta, a nie mężczyzna? Wygięła plecy w łuk, aby rozpiąć stanik, wbijający się jej w rytmicznie unoszące się żebra. Chyba, że wolałyby, aby nie patrzył na nie nikt, aby spalić wszystkie komiksy, w tym upale papier zaraz dokona samozapłonu, tak samo jak i ona.

 

Upuściła komiks i rozpalona podniosła się z łóżka, prędko otworzyła na oścież okno i zaciemniające okiennice, tak że poczuła równocześnie żar słońca i lekki letni przeciąg głaszczący każdy fragment jej ciała, przepływający przez każdą szczelinę. Ujrzała w małym, prostokątnym lusterku na parapecie, że jej skóra jakby zbladła, a jej włosy przyciemniały, może w kontraście do skóry, ale wydawały się zupełnie czarne. Na własne oczy widziała, że wygląda przepysznie. Gdy nachyliła się nad lusterkiem, aby zdjąć pończochy i bieliznę, jej piersi naprężyły się. Znów sięgnęła po komiks. Jej wzrok przyciągnął kadr z Valentiną pochyloną nad aparatem – tak samo sięgnęła po jedną ze swoich kamer i uformowała się w lusterku. W następnym kadrze Valentina siedziała na podłodze w rozkroku – odstawiła aparat i ściągnęła lusterko z parapetu, by ułożyć się w ten sam sposób. Pochylona tyłem. Dłoń na ustach. Leżąca bokiem. Wypinająca pośladki. Rozłożona na podłodze. Przymrużone oko. Gimnastykowała się, tańczyła, rozciągała, a w małej ramce lusterka każde ujęcie jej ciała było wyważone i składnie skomponowane; wyglądało konkretniej niż z perspektywy dwojga jej oczu oraz naturalniej niż na fotografiach, które wywoływała po nocach i posyłała mu pocztą w podwójnej kopercie, ażeby nikt nie podejrzał ich zawartości przez cienki papier. A to i tak było za mało, by się za nią, lub choćby za jej ciałem stęsknił i przyjechał, zobaczył całą naraz lub rozkosznie wykadrowaną w lusterku.

 

Pochłonięta Valentiną ledwo co zauważyła, że za oknem, na balkonie sąsiadów z naprzeciwka, coś się poruszyło. Spod rozwichrzonych włosów ujrzała sylwetkę sąsiada, albo sąsiadki, byli do siebie wszak dość podobni, nowi młodzi lokatorzy, lecz to bez znaczenia, to tylko jedni z pięćdziesięciu tysięcy egzemplarzy, raczej mężczyzna, przemknęło jej przez myśl, przynajmniej to nie tamten, wyprostowała się i przeciągnęła, wystawiając piersi na sztorc, nawet nie wiadomo, czy się patrzą, czy nie, czy odwracają wzrok na coś innego, na kogoś innego, może on nawet jej nie widział, nawet przy oknie było tu całkiem ciemno, powinna narzucić szlafrok i wychylić się przez ramę okna i zarzucić czarnymi włosami i mrugnąć oczkiem, rozchylając materiał na piersi, najlepiej paląc papierosa, ale klisze są łatwopalne.

 

Na chwilę zastygła i dokładniej przypatrzyła się kamienicy za oknem. W rzeczy samej, na balkonie sąsiadów ktoś stał, lecz ku jej zaskoczeniu była to sąsiadka, przykrywająca kwiaty plandeką. W tym momencie złapała jej spojrzenie i zaczerwieniła się tak, że było to widać nawet z jej dystansu. Zauważyła ją. Kupiła to? Zdrowy rozsądek krzyczał, aby nie niszczyła swojej reputacji w miasteczku, lecz ciało nie chciało się zmarnować, ukrywać dłużej za warstwą kurzu, chciało wyjść na światło dzienne, być widziane i podziwiane i może nawet kochane.

 

Wychyliła się przez ramę okna i zarzuciła czarnymi włosami i mrugnęła oczkiem do sąsiadki, po czym odwróciła się i rozkołysanym krokiem wróciła na łóżko. Przymknęła oczy i położyła się na plecach łóżku, wyjątkowo twarzą w stronę okna, wygięła kręgosłup, jedną dłonią chwyciła za komiks, a drugą zaczęła wodzić po piersiach, po brzuchu, po szyi i twarzy. Nie obchodziło jej to, czy patrzy na nią sąsiadka, czy jeszcze sąsiad, czy ktoś znajomy, czy nieznajomy, czy całe miasteczko, czy on, czy nikt – przy zamkniętych oczach nie miało to znaczenia.

 

Wiła się na łóżku, jakby jej członki w osobliwych pozycjach miały dublować za drugie ciało, ciało Valentiny. Na zmianę kuliła się i prostowała, przekręcała i rozciągała, sunąc wolną dłonią po każdym konturze ciała, zarysowując wszelkie wypukłości i wklęsłości, na nowo formując każdy detal, każdy drobiazg. Zostało jej parę stron, ale nie musiała ich otwierać, nie musiała na nie patrzeć, by wiedzieć, jak to się skończy. Drżała z przejęcia, zapuszczając się coraz głębiej w miejsca, których nie dało się zobaczyć, nie dało narysować, nie były ani białe, ani czarne. Bezwiednie rozchyliła powieki i nagle zrobiło jej się ciemno przed oczami. Zabrała rękę, chwyciła mocniej za zeszyt, przyciskając obiema dłońmi do piersi, gniotąc i rwąc kartki, próbując się w nie wczepić, czegoś przytrzymać, ale strony sypały się w jej dłoniach, szarpane w konwulsjach, aż zupełnie zwiotczała i bezwładnie opadła na łóżko.

 

Valentina obudziła się dopiero pod wieczór, zasypana krociem pstrokatych skrawków.

 

Norka Keller – mimowolna literatka z tendencją do wyolbrzymiania. W podstawówce wygrała konkurs poetycki o papieżu. Na Substacku @norkakeller.