Mam wyjątkowo antypatyczną rodzinę. Każdy z nas nosi w sobie cechę, która sprawia, że ciężko go znieść, a co dopiero polubić. Dlatego, tak jak ogórki, najbardziej lubimy kisić się we własnym słoiku. Moja mama jest Arogancka, mój tata Przygnębiony, starszy brat Okrutny, a ja Wścibska. Co tydzień spotykamy się na niedzielnym obiedzie, żeby pobyć sobą, ze sobą. Siadamy przy wielkim, okrągłym dębowym stole, który może pamiętać Króla Artura i kłócimy się rekreacyjnie.
W zeszłym tygodniu wydarzyło się jednak coś niespotykanego – mój Okrutny brat przyprowadził Dziewczynę. Bardzo mnie to zainteresowało, i to z wielu powodów, nie tylko dlatego, że jestem Wścibska. Kobiety przeważnie unikały Okrutnego brata, dzięki Bogu. Dziewczyna była śliczna, miała okrągłą buzię, prostą grzywkę i bardzo mocno zaciśnięte usta, jakby próbowała zassać się do środka. Wyglądała też na chorą, tak chorą, że w każdej chwili mogłaby nam się tu przekręcić i skończyć sztywna pod stołem. Przez to tata byłby jeszcze bardziej Przygnębiony. Miał dziś wyjątkowo posępny humor, bo zatrzasnął się rano na trzy godziny w osiedlowej altanie śmietnikowej. Dziewczyna usiadła z nami przy stole i nic a nic się nie odzywała. Mama zaczęła jej tłumaczyć, jak powinna się ubierać i jakie kolory są dobre dla jej karnacji, bo na pewno nie te, które ma na sobie. Umiarkowanie aroganckie jak na mamine możliwości, takie skrojone do przystawki.
– Czy jesteś tak Okrutny, że porwałeś ją ze szpitala? – wyszeptałam wścibsko. – Słabo wygląda, choruje na coś? Kiłę, flegmonę, dychawicę?
– Patrząc na was, myślę, że dopiero teraz przyprowadziłem ją do szpitala – Uśmiechnął się złośliwie. – Ale jesteś blisko, Wścibska, jest w niej coś krwiście zaraźliwego i mam nadzieję, że uda nam się to dziś złapać. Trzeba ją tylko rozbawić.
Musiałam dowiedzieć się, o co z nią chodzi. Czy to kolejny Okrutnego żart? A może mój brat rzeczywiście odnalazł kogoś równie beznadziejnego, jak my? Tata akurat sylabizował nudną historię o pierwszym spotkaniu z mamą trzydzieści lat temu. Szedł do Urzędu Pracy, a ona wjechała w niego rowerem, złamała mu nogę i pozwała go o wygięcie jej ramy.
Natychmiast mu przerwałam. Jeszcze nie zdążyliśmy zjeść pierwszego dania, progazowej grochówki, a on już wyciągał taki kaliber żałosności. Zaczęłam zadawać Dziewczynie jedno pytanie po drugim: skąd jest, kim są jej rodzice, jak układa grzywkę, że jest tak idealna, czy lubi mojego brata, czy śpią razem i czy uprawiają dużo seksu, czy ona dobrze sypia (bo nie wygląda – dodała mama), ile zarabia, czemu tak mało, czy jest rozczarowana swoim życiem (bo ja bardzo – wtrącił się tata), ile waży, czy była kiedyś w Australii, czy była gdziekolwiek, czemu tak cicho mówi, jaka jest jej trauma z dzieciństwa, czy ma regularny okres, kiedy dzieci, ile, i jakie imiona, no i czy grochówka jej smakuje (nie, bo jest obrzydliwa – syknął brat).
Na wszystkie pytania odpowiedziała, powoli i z namysłem, miło i szczerze. Boże, pomyślałam, to prawdziwy cud, ona jest Tchórzliwa! Pasuje tu jak ulał. Rozmarzyłam się, myśląc o ich przyszłych dzieciach, ciekawe jakie będą, może Nudne i Próżne? W końcu zostanę Wścibską Ciotką.
Wiedzieliśmy, że paskudni z nas ludzie, dlatego każde z nas robiło jedną rzecz, czyniącą, przynajmniej w naszym mniemaniu, świat znośniejszym miejscem. Znacie te niezręczne momenty, kiedy po śmierci ktoś wspomina na stypie okropnego człowieka? “Józef był chamem i złodziejem, ale dzieci uwielbiały się z nim bawić w chowanego”? Do tego dążyliśmy. Moja mama chodziła z dłużnikami do siedzib firm windykacyjnych i zastraszała pracujące tam osoby. Mój tata popołudniami pojawiał się w szpitalnych ogrodach i najpiękniej na świecie grał bluesa na liściach pod oknami pacjentów. Brat jeździł na interwencje do domów, w których męczono zwierzęta. Groził właścicielom, że powyrywa im nogi z dupy, a psy zabierał ze sobą. Za to ja włóczyłam się po przystankach autobusowych i godzinami wypytywałam samotne babcie o ich wspomnienia. Tacy byliśmy. Mięciutcy i skiśnięci w środku.
Gdy Arogancka mama chodziła wokół stołu, wymachując łyżką z ziemniaczanym puree, Okrutny brat niepostrzeżenie położył na jej krześle poduszkę–pierdziuszkę, dołączoną do 805. numeru „Kaczora Donalda”. Zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, usiadła na swoim miejscu, a cisza jadalni wypełniła się soczystym pierdem. Nie wzruszyło nas to, tak jak nie wzruszyłoby nas nic innego. Brat był Okrutny od urodzenia, żadna nowość. Jednak Dziewczyna zaczęła w błyskawicznym tempie przybierać kolor buraczków. Napęczniała tak bardzo, że prawie przestała oddychać. Była na granicy omdlenia, gdy nagle nie wytrzymała i pękła. Zaczęła śmiać się dziko, przyrzekam, aż poczułam wiatr z jej oddechu na sobie. Nigdy nie słyszeliśmy czegoś takiego.
Były w tym śmiechu odgłosy wszystkich zwierząt świata: świst puchatych świnek morskich, złośliwość zapowietrzonych osłów, chrumkanie ordynarnych świń, skrzek głupkowatych małpek, rżenie figlarnych koni, rechot toksycznych żabek, chichot agresywnych hien. Były tam wszystkie piękne i radosne rzeczy: pachnące mydłem ciemiączka niemowlaków, orzeźwiające mojito w upalny dzień, przytulenie pełne miłości, 50 złotych znalezione na chodniku, fioletowe zachody słońca, spełnienie marzenia z dzieciństwa i adrenalina, gdy zjeżdżasz kolejką górską.
Słuchaliśmy tego oniemiali, a nasze kąciki ust zaczęły się karykaturalnie wykrzywiać do góry. Mój ojciec zaraził się pierwszy, jego przygnębienie okazało się podatne na wirusa. Walił pięścią w stół, wybuchając raz za razem tubalnym rechotem. Matka spadła z krzesła i ryła ze śmiechu, tarzając się na dywanie. Mój Okrutny brat chichotał, a po jego polikach spływały wielkie łzy. Otworzyłam okno na oścież, żebyśmy się nie podusili, a później weszłam na stół i zaczęłam tańczyć. Śmiałam się i zrzucałam przy tym wszystkie przystawki, owoce i ciasta na podłogę. Wciągnęłam w to po kolei Tatę, Brata, Dziewczynę i Mamę, której udało się wyrolować spod stołu. Skakaliśmy, wirowaliśmy i pląsaliśmy na dębowym stole, aż sąsiedzi zaczęli uderzać kijem od szczotki w sufit. Srebrne łyżeczki, zabytkowa porcelana i fikuśne pierścienie do serwetek podskakiwały na parkiecie. Po godzinie fetowania, zaczęliśmy się uspokajać i nasze śmiechy powoli ucichły. Usiedliśmy na pobojowisku i patrzyliśmy na siebie, ciesząc się głupkowato. W końcu Dziewczyna się odezwała:
– Bardzo Państwa przepraszam, to zawsze się tak kończy. Jestem Komiczna. – Spuściła głowę i już była gotowa do wyjścia, kiedy moja rozczochrana mama, nadal z obłędem w oczach, złapała ją za drobną, spoconą dłoń i wysapała:
– Witaj w rodzinie.
Aleksandra Szajnecka – fotografka i miłośniczka grzybów. Kolekcjonerka małych zachwytów i spektakularnych porażek. Bardzo często się wzrusza. Można ją znaleźć na Instagramie na koncie @a.szajnecka.