Odstawił słodkie, bo to mu się kojarzyło ze śmiercią ojca. Nie wiedział, że kiedy tak pospiesznie, nieuważnie ściskał jego dłoń (dłoń, którą tamtego dnia ojciec wyciągnął do niego sam, co należało wtedy już do rzadkości), będzie to ostatnie, co razem zrobią. Że to jego obrzydzenie (bo wnętrze dłoni i przegub miał po tym pożegnaniu lepkie, a na skórę przeszły cudze śniadaniowe resztki), że to obrzydzenie to będzie ostatnia emocja, którą nieumiejętnie próbował zmyć z twarzy w obecności żyjącego jeszcze ojca. Że to wytarcie się, nawet nie o własne spodnie, tylko o pościel leżącego (co z tego? Nie musi być dokładnie czysta, a spodnie muszą. Nie zwróci uwagi i tak, leży i tak, brudzi i tak…), czego może tamten wcale nie zarejestrował; że ten gest wyczyszczenia się z jego brudu wyhoduje w nim później takie coś zgniłego w sercu, co będzie rozpleśniawiało się długi, długi czas. Co ostatecznie doprowadzi do tego odstawienia słodkiego, miodu szczególnie. Detoksykacja.
Bo ojciec jadł wtedy bułki z masłem i miodem na śniadanie. Takie pieczywo musiał rwać na kawałki, moczyć lekko w herbacie z mlekiem i dopiero wtedy porcję kierował do ust. Powinien był robić to sprawnie, zanim nasączona bułka zdążyła rozwalić się w palcach od wilgoci. Nie wychodziło. Pod koniec posiłku ojciec bezradnie patrzył na talerz do jednej trzeciej, w pewnym sensie, pełny – od papki, która mu uleciała. Naczynie (a ktoś potem musiał przecież je wymyć) wkurwiało widokiem tej beżowej brei powstałej z przemieszanych bułki, miodu, masła i herbaty. Karmiony być nie chciał. To jedno. W tym zdecydował sobie przechować godność. To taka sztuczka, takie czary-mary ludzi sąsiadujących z umieraniem. Wybierają sobie coś: toaleta, pacierz, zmiana ubrań, jedzenie. Tata jego do końca jadł samodzielnie, ale potem miał lepkie ręce i okruszki na wargach, brodzie, na szyi. I krztusił się, a ślina syczała w kącikach albo leciała do syna położyć się na policzek, na koszulę. Ręce miał lepkie, ale wyciągnął je przecież z własnej inicjatywy i chciał uścisnąć, przychwycić, coś między nimi zatrzymać. Powiedział: Nie idź, a w czasie wypowiadania tego fragilnego apelu odbywał się międzyskórny transport miodu i okruszków.
Poczucie niechęci. Poczucie wstydu. Potrzeba uciekania, czystości, soli.
— Muszę iść. Daj talerz, umyję. Będziemy się widzieć. No, trzymaj się.
Poszedł.
Ojcze mój, myślał, ojcze mój, któryś był.
A kiedy był dzieckiem, jadali orzechy z miodem. To było ich. Niewiele mieli ze sobą wspólnego, ale jesień i zbieranie twardych koksów dla krów, i stary orzechowiec (który trochę chorował, trochę dawał coś z siebie), i późniejsze bielenie pni. Takie raczej sprawy miało się między sobą. W środku tych czynności budowało się więź, pozwalało dialogom lżej płynąć. Najmocniejszy u nich był kult orzechowca. Uparli się go trzymać, a przecież matka, dziadkowie i ciotka, wszyscy byli przeciw. Co, że liście miały plamy? Dawał orzechy? Dawał. Burzyli się, wojowali o to drzewo. Co roku uparcie deptali wiotczejącą trawę wokół, szukając miejsc, gdzie dotknie ich zaokrąglenie od strony podeszwy. To ukryte orzechy. Zatrzymywali te porządne, a czarne, zepsute wyrzucali w stronę potoka. Zwykle udawało się może z garnek zebrać, czasem skrzynkę. Nigdy nie było na tyle źle, żeby przestali wierzyć w rację bytu drzewa. Potem ostentacyjnie siadali wieczorami w kuchni i rozłupywali orzechy. Ojciec je umiał w rękach zgnieść. To była sztuka, sensacja. Takie czary-mary ludzi mocno osadzonych w życiu. Syna nigdy nie nauczył. Syn się męczył innymi sposobami, ale obierał też. Świeże orzechy były w środku białe jak kość, jak poroże jelenia albinosa, i barwiły ich dłonie. W ustach miękkie, rozkruszały się, uderzały najpierw słodyczą, a na końcu gorzkim. Jak był miód, to zalewali nim dno talerza i brali po połówce orzecha. Wrzucali, odławiali, zjadali. Miodne jezioro z refleksami na tafli od słońca, które było żarówką, i topione orzechy o krypto-tożsamości, bo ostatecznie dekonspirowały się jako szkielety prehistorycznych istot zamkniętych w żywicy. Dziwne insekty w bursztynie. W przekroju tego wspomnienia tkwiły też momenty niezbyt umiejętnego snucia opowieści przez ojca. Próba dzielenia się szorstkimi, mało odkrywczymi przemyśleniami. Zakłopotane sięganie po archetyp rodzica. Chrząknięcia i pękanie łupin. Miód na grzbietach orzechów, na policzkach, we włosach. Wędrująca lepkość pod brodę, między palce, do łokci. Takie dni były zawsze z charakteru piątkowymi wieczorami. Najbezpieczniejsze, najbardziej świetlne.
A jak ojciec umarł to był poniedziałek w drugą niedzielę miesiąca. W kościele rada parafialna zbierała na ogrzewanie. Odwiedził rodzinny grób, miał jeden wkład do znicza i zapałki z nieprzyjemnie przetartym brzegiem. Na obiad rosół z ziemniakami, mama płakała, że ciężko z myciem, że ciężko samej dźwigać, a ojciec jadł bułkę z miodem i w tle leciał dla niego któryś z filmów o świętej Faustynie. Syn chciał już wyjść, więc uwierzył, że musi już wyjść.
— No, trzymaj się.
Nie mógł przełknąć słodkiego. Odmawiał sobie. Nie przyjmował miodów od znajomych, z których każdy miał swojego człowieka od uli, ekologicznego bartnika-czempiona z miodem o wyjątkowych właściwościach zdrowotnych. Spadziowe, wielokwiatowe, gryczane, kremowe, złociste, brązowe, lejące się i skrystalizowane. Nie mógł. W ogóle na sranie mu były ciastka i bomboniery. Przestali proponować sernik. Na urodziny nie było tortu. Chciał wrócić. Zlepić z ojcem miodne dłonie. Odpowiedzieć na tamto: Nie idź, zdecydowanym: No to zostanę dłużej, jasne.
Józefina Arodaz – zajmuje się profesjonalnym gloryfikowaniem chleba, owsianek i lodów różanych, uśmiechaniem do ładnych kamienic i drewnianych domów oraz szlifowaniem zdolności eskapistycznych. Znaleźć ją można na Instagramie na koncie @jozefinaarodaz.