Słowo „wspólnota” obracam w głowie i odmieniam przez przypadki. Z pamięci wywołuję kilka „wspólnot” – najpierw wyłażą te pisane wielką literą.
Jako osoba urodzona w Polsce w ostatniej dekadzie dwudziestego wieku, w najintensywniejszym momencie transformacji systemowej – oraz zachodzących w jej imię przekształceń społecznych, w wyniku których wspólne stawało się własne, a grupę zastępowała jednostka – „wspólnotę”, trudną do wyobrażenia, kojarzę głównie z wielkimi rzeczami i dziejącą się w tle wielką historią:
Ze Wspólnotą Numer Jeden: wybieraniem się do komunii, z opłatkiem i przyjęciem na kilkanaście stolików; wybieraniem się, bo nie szło się tak od razu, a po uprzednim przygotowaniu, w ramach którego słowo „Kościół” uczono nas pisać wielką literą, z myślą o wspólnocie (o budynku można było małą).
Ze Wspólnotą Numer Dwa: o której mówiono przy okazji śmierci Pewnej Osoby (lub Pewnych Osób), po której miało nastąpić prawdziwe zjednoczenie.
Ze Wspólnotą Numer trzy: nawiązaną w ramach rocznicy Pewnego Wydarzenia (lub Pewnych Wydarzeń), w wyniku rozpamiętywania których nadejść miało uwspólnotowienie, by wszyscy mogli choć jeszcze raz poczuć się tak, jak wtedy.
Wszystkim tym definicjom wspólnotowości, niezależnie od towarzyszących im zmian klimatu politycznego, zabrakło mi ich doświadczania. Wspólnoty wielką literą objawiały mi się zawsze na krótko i przy okazji.
Umykam więc rzeczom wielkim, poszukuję głębiej i natrafiam na drobne słówka-klucze: miłość i przyjaźń.
Słowo „wspólnota” obracam w głowie i odmieniam przez przypadki. Poszukuję wspólnot: choć niedużych, to prawdziwie wspólnych, organicznych i opartych o dążenie do równości – szperam w prozie i w wierszu, w życiu i w pamięci. Mogą być pisane od małej litery.