Rozbieram się do bielizny. Muszę uważać, żeby nie potrącić czegoś łokciem albo kolanem, w składziku jest bardzo ciasno. Regały z detergentami i rolkami szarego papieru, stosy czystych ręczników i pościeli, wiadra najeżone kijami mopów i mioteł. Składam ubranie w kostkę i odkładam do szafki. Dostałam strój, w który mam się przebrać – intensywnie białą koszulę z krótkim rękawem i błękitną spódnicę z grubego materiału. Zanurzam twarz w koszuli. Jest sztywna i mocno pachnie proszkiem do prania. Podchodzę do maleńkiego lusterka nad umywalką, na tle koszuli moja skóra wygląda blado. W słabym, pomarańczowym świetle rysy są miękkie, oczy rozmywają się na powierzchni twarzy.
***
Większą część lata spędzam w swoim mieszkaniu, nie wychodzę. Zasłonięte okna buchają żarem, od którego mąci mi się w głowie. Rozebrana do bielizny krążę w dusznym półmroku, wchodzę do wanny z chłodną wodą i czytam notatki z wykładów, aż głowa opada mi na ramię, kartki wysuwają się z dłoni i dryfują na powierzchni, tusz rozpływa się w wodzie ciemnymi smugami. Nocami rozmyślam o tym, co będzie i nie mogę spać, sen przychodzi dopiero nad ranem; brzęczy mucha uderzająca o szybę, ciężkie powieki zasuwają się z ulgą.
Znajduję ogłoszenie o sanatorium poszukującym pracowników sezonowych. Przeglądam zdjęcia w wyszukiwarce. Betonowy budynek w środku lasu, szklano-szary na tle głębokiej zieleni sosen. Piękny i nieprzystępny, jak obiekt spoza Układu Słonecznego, który wylądował na Ziemi i utknął. Wybieram numer podany w ogłoszeniu, w myślach planuję rozmowę.
Telefon odbiera kobieta. Proszę przyjechać w przyszłym tygodniu. Nie zadaje żadnych pytań, jej głos jest rzeczowy i chłodny. Bardzo potrzebujemy osób do pomocy.
Milczę przez chwilę. Chcę jej powiedzieć to, co sobie zaplanowałam,chcę jej powiedzieć mnóstwo rzeczy.
Dobrze, mówię zamiast tego. Przyjadę.
***
Wdrapuję się po stromym podjeździe, pod stopami trzeszczą mi suche igły i małe szyszki. Monumentalna bryła przyciąga wzrok, geometryczna konstrukcja, jednocześnie ciężka i ażurowa. Stal, beton i szkło emanują chłodem, jak wnętrze pustego kościoła w gorący dzień. Zza gigantycznych betonowych bloków widzę zacieniony dziedziniec, na dziedzińcu samotna, biała furgonetka. Wysokie sosny otaczające sanatorium kołyszą się lekko; słyszę ciche skrzypienie ich pni.
Hol jest pusty i przestronny. Przy recepcji czeka na mnie kobieta w średnim wieku. Jest szczupła i wysoka, jej twarz ma zdrowy, różowy blask. W dopasowanej szarej garsonce wygląda, jakby urodziła się w tym budynku i nigdy nie opuszczała jego murów. Na jej piersi porządnie przypięta, metalowa plakietka: „Magda”. Kobieta prosi, żebym zostawiła swoją torbę w recepcji; rozpoznaję chłodny, rzeczowy ton. Wręcza mi biało-błękitny uniform, a potem szybkim krokiem prowadzi po schodach do podziemi. Jej kroki dudnią w szerokim, ciemnym korytarzu, kiedy mijamy rzędy zamkniętych, nieoznakowanych drzwi. Gdy docieramy do składziku, Magda mówi, że za piętnaście minut zaczynamy.
***
Gdy wynurzam się z podziemi, w holu czeka już grupa młodych ludzi. Rozciągnięci w niskich fotelach przy wejściu, oparci o blat recepcji. Część siedzi ze skrzyżowanymi nogami na posadzce z polerowanego betonu. Rozmawiają ze sobą swobodnie, jakby znali się od dawna, śmieją się cicho. Idealnie wyprasowane koszule, błękitne spodnie i spódnice jaśnieją na tle betonu i mahoniu, kontrastują z nonszalancją ich póz. Ich zachowanie mnie onieśmiela, ale podchodzę bliżej, opieram się o ścianę niedaleko recepcji. W holu panuje chłód, a mimo tego czuję, jak nowy strój przesiąka ciepłem i wilgocią, parującymi z mojego ciała.
Napotykam spojrzenie młodej dziewczyny stojącej w grupce niedaleko. Kieruje w moją stronę twarz, ma mocno pomalowane oczy. Jej spojrzenie jest przenikliwe, nie wytrzymuję i odwracam wzrok, czuję, jak krew napływa mi do policzków.
Po chwili z korytarza prowadzącego wgłąb budynku dobiega echo energicznych kroków. Magda wynurza się z cienia i kilka razy klaszcze w dłonie, klaśnięcia dudnią jak dźwięki wystrzałów. Dziewczyny prostują się i wygładzają spódnice. Chłopcy poszturchują się nawzajem i odchrząkują, przeczesują dłońmi włosy.
Proszę ustawić się w rzędzie, mówi Magda. Staje niedaleko grupy, potupuje w posadzkę. Zaczynamy.
***
Mijają dni, a goście sanatorium wsączają się do holu cienkim strumyczkiem, jeden za drugim, kropla za kroplą. Powolni, apatyczni, ich stare ciała przygięte do ziemi jak sosny na stromym zboczu, a jednak niezmordowani, suną w kierunku recepcji, drżące palce uderzają w dzwonek na blacie. Pomagamy wejść po schodach, popychamy wózki, podajemy kule i balkoniki, ujmujemy cienkie, pomarszczone ramiona jak wiotkie gałązki, prowadzimy do windy i pokazujemy pokoje, otwieramy okna, bo strasznie tu duszno, czy nie można trochę uchylić. Goście płyną korytarzami jak duchy, bladzi, szepczą, ich głosy są ochrypłe, dłonie im dygoczą, kiedy tasują karty do brydża i remika. Białe włosy otaczają jajowate głowy jak obłoczki pary, rozczesujemy je i zaplatamy w warkocze, smarujemy łydki maścią, przynosimy butelki z gorącą wodą i dodatkowe koce, pomagamy wybierać numery na telefonach z olbrzymimi przyciskami.
Popołudniami patrolujemy ciemne korytarze, nasłuchujemy skrzypnięć łóżek albo uchylanych drzwi. Prowadzimy kuracjuszy do pokojów kąpielowych i gabinetów zabiegowych, tam zsuwamy koszule nocne przez głowę, rozsupłujemy paski szlafroków, odkładamy okulary i ciężkie, złote pierścionki do szuflad. Podajemy plastikowe czepki na włosy. Podtrzymujemy chybotliwe ciała, kiedy ostrożnie unoszą nogi przy wchodzeniu do wanny. Sprawdzamy temperaturę kąpieli, masujemy ramiona, przynosimy plastikowe kubeczki z wodą, która pachnie siarką. Czas stoi w miejscu. Nie myślę o tym, co będzie, nie myślę o niczym.
***
Śpimy w maleńkich pokoikach na poddaszu, moje łóżko jest wąskie i twarde, pościel szorstka i sprana, pachnie czystością. Przez kwadratowe okienko pod sufitem widzę kołyszące się czubki ciemnych sosen, jak falujący tłum, ptaki zrywają się z krzykiem, kiedy otwieram okno. Jest cicho, powietrze pachnie lasem, korą, mokrą ziemią, słodką wodą. Chodzimy w tę i z powrotem pustymi korytarzami, dwójkami, nasze kroki odbijają się echem od ścian. Szorujemy metalowe wanny i zakamienione brodziki, lodowatym strumieniem z węża polewamy kafle na ścianach. Zamiatamy dziedziniec, wietrzymy pokoje, wynosimy śmieci. Nieskończone połacie materiału przemykają przez nasze palce, prasujemy zasłony, obrusy, prześcieradła, wygładzamy poduszki. Nakrywamy do stołów w stołówce, a później sprzątamy brudne naczynia, manewrujemy rozklekotanym metalowym wózkiem między stolikami. Dopijamy resztki wódki i ziołowej nalewki z kieliszków, pakujemy do ust kawałki nadgryzionych białych bułek, umoczonych w resztkach sosu. Rozmawiamy, machamy do siebie, mijając się w przejściu, śmiejemy się, muskamy się dłońmi, podając sobie naręcza czystych ręczników. Wieczorem niebo jest gwieździste, zadzieramy głowy do góry, kiedy palimy papierosy na betonowym balkonie. Rozmawiamy do późna w nocy, dziewczyny malują sobie nawzajem paznokcie u stóp, leżą na plecach i chichoczą, chłopcy przesuwają dłońmi po ich nagich udach, pokrytych gęsią skórką w nocnym powietrzu.
***
Spędzamy ze sobą dużo czasu, ja i ciemnowłosa dziewczyna, już wiem, że wszyscy nazywają ją Kraską. Maszerujemy korytarzami ramię w ramię, a Magda obserwuje nas bacznie. Kraska ukradkiem dotyka mojej dłoni, kiedy wycieramy ciało starej kobiety, pomarszczone i rozgrzane po borowinowej kąpieli, zerka na mnie przez ramię na porannym apelu Magdy, błyska śnieżnobiałymi zębami. Przy kolacji, gdy nikt nie widzi, podsuwa mi kieliszki nalewki z jarzębiny, słodkiej jak syrop, a potem kciukiem ociera moje wargi z lekkich kropel. Kiedy wybucha głośnym śmiechem, głowy odwracają się w naszą stronę. Później przysypia na siedząco, oparta o moje ramię.
Rano prowadzi mnie w głąb lasu, maszeruje szybko, kilka kroków przede mną, nie ogląda się. Wskazuje mi krzaczki granatowych jagód i czerwonych borówek, jej wargi i palce są fioletowe, kiedy pakuje je sobie garściami do ust. Podnosi z ziemi małego żuka, oglądamy lśniący czarny pancerz spacerujący po jej dłoni, opowiada mi o zwierzętach, ptakach i słodkowodnych rybach, o tym, jak smakuje mokry mech, o tym, że chciałaby odlecieć zimą na południe.
Wieczorami wślizguje się do mojego łóżka i wsuwa pod kołdrę, szepcze mi prosto do ucha, śmiech czai się w jej głosie, wreszcie zasypia, ślina sączy się i stygnie na poduszce przy moim policzku. Rano wciąga na siebie uniform, jej ruchy są zwinne i pewne, pochyla się przy lusterku w moim pokoju, rysuje na powiekach czarne kreski i rozciera je koniuszkiem małego palca. Obserwuję jej odbicie, naśladuję jej ruch, kiedy dłońmi przeczesuje krótkie włosy. Uśmiecha się do mnie w lustrze, groźny błysk zębów na opalonej twarzy, podaje mi przez ramię czarną kredkę do oczu.
***
Wieczorem ma być dancing, trzyosobowy zespół rozplątuje kable i ustawia instrumenty, jedno z nich wchodzi na scenę i puka palcem w mikrofon, głuchy dźwięk niesie się po stołówce. W tym czasie krzątamy się, przesuwamy stoliki, ustawiamy krzesła pod ścianami, ktoś wychodzi i zaraz wraca z zakurzoną kulą lustrzaną w ramionach, chłopcy wchodzą na stół i mocują kulę pod sufitem. Jedna z dziewczyn siada przy keybordzie i wciska guziki, a my już za chwilę kołyszemy ramionami i biodrami do melodii bossa nova. Któryś z chłopców przynosi z kuchni butelkę wódki, ukrytą pod koszulą, wszyscy bierzemy po łyku, śmiejemy się, tańczymy nieśmiało, nasze rozmyte sylwetki odbijają się w wielkich szybach, na zewnątrz jest ciemno i cicho. Wreszcie goście spływają do sali, migają kolorowe światła, błyszczą cekinowe bluzki i spinki do krawatów, stukają obcasy, pachnie woda po goleniu, kwiaty w butonierkach więdną, muzyka wibruje w powietrzu. Pary płyną półkoliście od ściany do ściany, siedzące nogi podrygują w rytmie.
Noc mija, serwujemy schłodzoną wódkę, wędliny i ogórki konserwowe, noc mija, goście jeden za drugim znikają za drzwiami, podbródki opadają na piersi, noc mija, zieją ziewające usta. Rozpinamy kołnierzyki i zrzucamy białe tenisówki, przejmujemy parkiet, śmiejemy się, wyrzucamy ręce w górę, obejmujemy się za szyje, całujemy policzki. Tańczymy, Kraska i ja, łapiemy za ręce jednego z chłopaków, on chwyta nas na przemian w talii i unosi w powietrze, piszczymy i machamy nogami. Dyszymy ze zmęczenia, popijana w biegu wódka dodaje nam sił, wirujemy w trójkę spleceni ramionami. Wymykamy się z sali, muzyka oddala się i cichnie. Biegniemy na górę po schodach, ścigamy się, aż brakuje nam tchu, śmiejemy się i uciszamy na przemian, zakrywamy sobie nawzajem usta dłońmi. Wchodzimy do mojego pokoiku, padamy we trójkę na wąskie łóżko, ściągamy z siebie ubrania.
Budzę się rano w skłębionej pościeli, rozglądam po pokoju. Chłopak śpi na podłodze obok łóżka, nagi, przykryty niedbale rozpiętą koszulą od uniformu, leży na boku, oddycha głęboko i miarowo, jego twarz ma spokojny wyraz. Rozglądam się, ale Kraski już nie ma, pokój jest cichy i poważny w świetle świtu, przez okienko widzę ptaki krążące nad czubkami sosen. Tego dnia dostajemy reprymendę od Magdy, czeka na nas na dole przy recepcji, ręce założone na piersi, potupuje w kamienną posadzkę, minę ma surową i zaciętą. Strofuje nas przyciszonym głosem, w tym czasie raz po raz spoglądam na Kraskę, ale ona nie patrzy na mnie. Chłopak, z którym spędziłyśmy noc, przysuwa się bliżej mnie, ukradkiem próbuje złapać mnie za rękę, ale odsuwam dłoń.
***
Wieczorami Kraska i ja chodzimy na długie spacery, tylko my dwie, krążymy po lesie, aż zapadnie zupełna ciemność, później po omacku odnajdujemy drogę powrotną, w lesie jest cicho i nie widać gwiazd. W ciągu dnia Kraska szuka mnie w salach zabiegowych i czeka na mnie na korytarzach, wymigujemy się od swoich zajęć i spotykamy przy wielkim śmietniku za budynkiem, palimy papierosy jeden za drugim, rozmawiamy cicho. Raz przyłapuje nas Magda, Kraska!, krzyczy ostro w naszą stronę, odwracam się, ale Kraski już nie ma, chyba schowała się za śmietnikiem, papieros jeszcze tli się na betonie przy mojej stopie. Czas stoi w miejscu, nie myślę o niczym.
***
W pokoju kąpielowym stara kobieta podaje mi złoty łańcuszek i klipsy z perłami, ale zamiast schować je do szuflady, wsuwam je do kieszeni spódnicy. Patrzę na kobietę zza parawanu, kiedy sama się rozbiera, odwrócona do mnie plecami. Rozpina guziki bluzki, powoli zrzuca ubrania, wreszcie widzę jej dygoczące nagie ciało na tle białych kafli. Czeka, aż podam jej ręcznik i czepek, chwycę jej ptasią dłoń i pomogę wejść do wanny.
Zostawiam ją chyłkiem wymykam się z pokoju, cicho zamykam za sobą drzwi. Na korytarzu czeka na mnie Kraska, łapiemy się za ręce i zbiegamy po schodach, jest cicho, echo naśladuje nasze kroki. Przystajemy przy drzwiach składziku w podziemiach, biorę dłoń Kraski i wsuwam ją do kieszeni mojej spódnicy, aż jej palce dotkną zimnego złota. Kraska odchyla głowę i wybucha głośnym śmiechem, otwiera drzwi składziku, wślizgujemy się do środka.
Muszę uważać, żeby nie potrącić czegoś łokciem albo kolanem, w składziku jest bardzo ciasno. Regały z detergentami i rolkami szarego papieru, stosy czystych ręczników i pościeli, wiadra najeżone kijami mopów i mioteł. Podchodzę do maleńkiego lusterka nad umywalką. Słyszę przyspieszony oddech Kraski, czuję jej ciepło, palce zatrzaśnięte na moim nadgarstku. Przyglądam się swojemu odbiciu w lustrze, zmierzwione włosy, oczy obrysowane czarną kredką, groźny błysk śnieżnobiałych zębów na opalonej twarzy.
Spoglądam za siebie, ale Kraski już nie ma.
Ola Skalec (ur. 1994) – absolwentka filologii szwedzkiej na Uniwersytecie Jagiellońskim. Ukończyła Kurs Pisania Powieści organizowany przez Kraków Miasto Literatury Unesco. Obecnie pracuje nad debiutancką powieścią, pisze też opowiadania, wyróżnione m.in. przez Instytut Literatury w Krakowie i Wydawnictwo Czarne. Mieszka i tworzy w Krakowie. Można ją znaleźć na Instagramie na koncie @olaskalec.