Jeszcze nie wie, w czym uczestniczy, nie czuje i nie zachwyca się tym, co stanowi. W ciągłym ruchu wzrasta, żywi się, aby w końcu sama żywić. Nie pamięta tego, ale trafia do żołądka, który nie ma pojęcia, że jest częścią jeszcze nienazwanego ogółu. Trawi, wypluwa, umiera. Wchłania ją Ziemia.
Podnosi się, śmiało wystawia liście. Pośród labiryntu pulsujących arabesek przeciska tkanki. Wybijają się za wysoko. Zwraca uwagę. Żółte, bezrozumne oczy wprowadzają w ruch resztę ciała. Przeciska się przez gąszcz zieleni wszelkich odcieni, rozwiera paszczę i znika, nie wiedząc co w czym uczestniczy. Rozszerzenie żółtych oczu w ostatecznym przerażeniu . Zamknięcie powiek.
Otwierają się znowu, gdy zwierzę, ssąc mleko matki, dostrzega promienie słońca ze wschodu. Nie wie, dlaczego akurat wschód, ale pamięta, że ciepło emanuje zawsze z tej strony. Żółte oczy zamykają się, zanurzając cały swój byt w rozkoszy mleka.
W kuchni syn rozmawia z matką.
– Dlaczego nigdy nie mieliśmy w domu roślin?
– Bo nikt nie miałby czasu, żeby się nimi zajmować. – Matka uśmiecha się.
– Przecież w lesie one rosną tak o.
– W lesie to co innego. Nie wiem dokładnie.
Matka nie wie, w czym uczestniczy, nie czuje i nie zachwyca się tym, co stanowi. W miejskim liceum prowadzi zajęcia z literatury. Wie, co z czego wynika, kto z kogo czerpie, czytając wiersze wpada w ekstazę, skrzętnie ją uwewnętrznia. Rozum i serce współgrają, jest dobrą matką. Ale roślin i zwierząt nie lubi. To jeszcze o niczym nie świadczy, ale może gdyby wtedy kupiła i postawiła na parapecie w kuchni tę fuksję, którą spostrzegła kątem oka w kwiaciarni, na chwilę zrozumiałaby, czym są żółte oczy, tkanki i mleko. Bycie matką to dla niej pieluszki, kaszki i miłość. To wszystko umrze.
Syn uwielbia lasy, jego pasje obejmują wszystko, co żywe. Kończy studia botaniczne i myśli o wyjeździe do Brazylii w poszukiwaniu nieznanych gatunków, chcąc być jak odważni podróżnicy, o których tyle czytał w dzieciństwie. Przygotowuje się bardzo długo, studiuje wielkie botaniczne kompendia, przegląda przewodniki i atlasy.
Żegna matkę i wyrusza, będąc pewnym, że jego podróż jest czymś o wiele ważniejszym od dotychczasowych działań i badań. Trafia do głośnego, kipiącego ludzkimi problemami miasta. Rozpoznaje w nim wiele zwyczajów, o których tyle się już dowiedział, widzi międzyludzkie relacje, społeczne zgrzyty i niesprawiedliwości. Historia pomaga mu zrozumieć. Zjawiska fascynują, ale cel leży gdzie indziej. Zanim odchodzi, zastanawia się, czy ludzie w ogóle wiedzą, czym są i co stanowią. Wchodzi w puszczę, przebijając się przez gąszcz wszelkich odcieni zieleni. Miasto przestaje istnieć, harmider ulic przeradza się w szmer lasu, a miejska, ludzka gromada staje się senną marą, wrażeniem turysty.
Je, trawi i bada. Czuje ekstazę poznawania, nie musi nic uwewnętrzniać. W zielonej masie nie ma szczegółu ani ogółu. Nie ma pod ani przed. Podróżnik mija miot kapibary, istnienie budzi w nim odczucia i sensy, o których dawno zapomniał. Ale przeprawa męczy, notatki, diagramy i ryciny powoli nużą. Zamknięcie powiek.
Gdy otwierają się ponownie, widzą przed sobą żółte oczy. Krzyczą „nie zabijaj”, ktoś już to kiedyś powiedział, właściwie przypomniał. Dwie istoty stoją w bezruchu, teraz nie istnieje nic poza tą chwilą. Teraz obie wiedzą, w czym uczestniczą, czują i zachwycają się tym, co stanowią. Syn przypomina sobie o matce, o ssaniu mleka z piersi, o gromadach ludzkich. W zadumie wchłania go Ziemia.
Kuba Schuwald pochodzi ze Śląska, lubi opowiadać o historii sztuki. W wolnym czasie uwielbia obserwować pszczoły.