12 kwietnia 2026

Liquid-hotel
Nina Sikorska

Wersja audio

 

Trwa groźna tropikalna burza. Trzaskają pioruny, a obraz zamazują dzikie fale deszczu. Chcemy jak najszybciej schronić się pod dachem. I nic dziwnego, w taką pogodę to nic dziwnego. Hotel jest komunistyczny – trzypiętrowy monolit ustawiony bokiem do jeziora; wybudowany tak, żeby żadne z okien nie miało widoku na taflę wody. Wchodzimy do środka, strużki wody spływają z naszych ciał na wycieraczkę. Ściany hotelowego lobby obsiadły małe, żółte muszki.

 

Recepcjonistka z nadmuchanymi wargami siedzi za rachitycznym biurkiem ze sklejki. Cienkie nóżki mebla uginają się pod ogromnym monitorem i jej łokciami w marynarce w zebrę. Muszki gromadzą się na jej twarzy oraz na długich paznokciach. Kobieta wpisuje różne frazy w wyszukiwarkę Bing, jakby nie była pewna, jak być recepcjonistką. Internet sączy się leniwie, strony niby się ładują, ale są zbyt wstydliwe, by pokazać się w pełnej krasie. Na ramieniu zaczyna mi ciążyć torba pełna wilgotnych ubrań i niedobrych batonów, które mają pełno protein, ale odpokutowują to smakiem kartonu. Jakby zwabiona nieporadnymi manewrami recepcjonistki z mroku zaplecza wyłania się koścista starucha. Robi zdjęcia naszych paszportów, poprawia kij, na którym się opiera i kuśtyka z powrotem do swojego kąta, by palić papierosy suchą ręką i rozsiadać się na plastikowym krześle ogrodowym.

 

Strasznie ciepło jest w ten pierwszy wieczór. Próbuję drzemać, ale to niemożliwe w panującym zaduchu, więc siedzę tylko w fotelu przy oknie i wachluję się telegazetą. Wentylator nie działa, coś pewnie przegryzło kabel. W pokoju wszędzie plamy po owadach. Za szybą kłębią się tłuste pająki, obłażą zepsute ochronne siatki.

 

Jonne siedzi na cienkim materacu i rozwiązuje krzyżówkę złocistymi od słońca dłońmi. 

 

– Pokaż – mówię do niego i wpisuję pionowo ,,laczki”, a poziomo ,,dupa dupa”. 

– Jezu – irytuje się on, bo nie lubi wykreślać.

 

Wracam do mojej straży przyokiennej i obserwowania, jak pająki łażą spanikowane tam i z powrotem, rażone raz po raz piorunami.

 

– Idę do automatu, chcesz coś? – Odwracam się, żeby odebrać potencjalne zamówienie, ale on tylko kręci głową, bo nigdy nic nie chce i zawsze jest mu dobrze – nawet w ohydnym hotelu, z muchami przyklejonymi do podeszw klapków, w lepkiej duchocie, nawet jak przestałam go już lubić.

 

Wychodzę na korytarz i obracając w dłoniach monety, rozmyślam o tym, że ja mam zupełnie na odwrót – mi zawsze jest źle, mam permanentną migrenę, w każdej refleksyjnej powierzchni widzę swoją zdegustowaną twarz. Nawet teraz się krzywię, bo żeby wcisnąć czwórkę na klawiaturze automatu, muszę najpierw zetrzeć z niej musze truchło. 

 

Jej zdekonstruowane odnóża kleją mi się do palca.

 

Sartre bał się lepkości i rozumiem dlaczego. Nie ma nic gorszego niż stan pomiędzy – gdy chcesz postawić krok, ale kleiste niteczki zatrzymują cię w miejscu. 

 

W poprzednim hotelu przynajmniej straszyło i miałam do towarzystwa duchy, mogliśmy sobie wspólnie zawodzić, myślę z nostalgią, schylając się po puszkę fanty. Popijam nią przeciwbólówkę, bo skronie pulsują mi od huku grzmotów. Siadam ciężko na wykładzinie, która jest nieprzyjemna w dotyku, pokryta warstwą przypadkowych ejakulacji. Jedne z drzwi na korytarzu są uchylone i obramowane aureolą żółtego światła. Po ich uchyleniu odkrywam wąską przestrzeń wypełnioną szczelnie ręcznikami – na półkach piętrzą się czyste i wykrochmalone, a podłoga zarzucona jest tymi przepoconymi, naznaczonymi śladami szminek, czekolady, naskórka spalonego słońcem. Słyszę, że ktoś nadchodzi, więc spanikowana wsuwam się za wielki kosz na pranie i kulę w kłębek. Przez dziurki w plastikowym pojemniku widzę, jak młodzieniec o złotych włosach ociera sobie czoło, a potem pieczołowicie układa swoje zużyte ręczniki na stercie. Znam go – to Pēteris Bērziņš – łotewski mistrz tańca stepowego. Kiedy próbowaliśmy się zameldować, ćwiczył swój układ w lobby, w przejściu między sofą a dystrybutorem wody. Nie mogłam uwierzyć, że śpimy w tym samym hotelu, co celebryta. Posłał mi promienny uśmiech, a potem wrócił do swojego kwadratowego, rozkładanego parkietu. Pomyślałam, że to musi być miłe – mieć taki przenośny, znajomy świat. Teraz Pēteris Bērziņš chwyta czysty ręcznik, gasi światło hotelowej pralni i oddala się, żeby wziąć prysznic, pewnie zjeść coś lekkiego i położyć się wcześnie, bo zbliżają się zawody – czytałam o tym we wczorajszej gazecie. Komentatorzy są zgodni – jest w świetnej formie, na pewnej drodze do kolejnego złotego medalu, o ile tylko nie straci koncentracji. 

 

Wygrzebuję się spomiędzy brudnych ręczników i kieruję na stołówkę, bo jest pora obiadokolacji. W powietrzu unosi się zapach bograczu i ceraty. Goście szczękają sztućcami – to głównie małżeństwa – starsi mężczyźni mlaskający pod wąsem i kobiety o pomarańczowych od olejku dekoltach, na których błyszczą minikrucyfiksy. Jest też para lesbijek, które karmią się nawzajem mętną zupą, a ich piesek poszczekuje pod stołem, więc co jakiś czas dostaje kawałek marchewki lub pomidorka. Stołówka jest obramowana szklanymi panelami, więc widzę, jak nadchodzi Pēteris. Porusza się płynnie w żółtym komplecie z Adidasa. Widać, że w głowie powtarza układ, szlifując kolejne ruchy. Myślę, że gdyby chciał, mógłby zaprzeczyć prawom grawitacji, wznieść się pod terroryzowany przez muszki sufit i naprawić wiekową żarówkę, która co jakiś czas słabnie tylko po to, by niespodziewanie odzyskać pełną jasność.

 

– Chcesz deser? – pyta mnie nagle Jonne. Mrugam i patrzę na niego zaskoczona – na niego i jego wyskrobany do czysta talerz po bograczu. W tym samym czasie Pēteris Bērziņš kręci z uśmiechem głową, bo kucharka chce postawić przed nim gruby kawałek miodownika. Pewnie musi trzymać linię przed nadchodzącym konkursem.

 

– Mhm. – Kręcę głową, obserwując, jak żółty dres znika za rogiem stołówki. – Nie chcę.

– Ale zupy też nie zjadłaś – zauważa Jonne.

 

Wzruszam ramionami.

 

– Nie smakuje mi.

 

Jonne rozdrabnia swój kawałek ciasta na niewielkie okruchy, które potem gromadzą mu się wokół ust. Krzyżuję ręce na piersi i wpatruję się w jego żujące usta.

 

– Jestem bardzo zmęczona, Jonne.

– Ty zawsze jesteś zmęczona.

– Jestem zmęczona i boli mnie głowa.

– Na pewno jesteś głodna, po prostu coś zjedz.

 

Zakrywam sobie usta dłonią. 

 

– Nie chcę nic jeść z tobą, w ogóle niczego nie chcę już z tobą robić. Jak to jest, że tobie nigdy nic nie przeszkadza, ale też nic nie sprawia, że naprawdę się cieszysz? Zawsze masz taką minę pomiędzy. Kiedy dzisiaj staliśmy na przystanku, miałeś buty pełne wody i plecak też, i zaparowane okulary, i tak po prostu stałeś, nawet nie próbowałeś się schować pod daszkiem ani zetrzeć z twarzy tej za długiej grzywki. No właśnie! Ona jest za długa, ale jej nie przycinasz, bo jest ci z nią ok, jest jak jest, ujdzie w tłoku. Gdybym ja jej za ciebie nie strzygła, to pewnie sięgałaby ci już do pasa. A teraz proszę – te twoje zbite oczy… I może masz prawo do takiego ich wyrazu, bo wiem, że wszystko robisz ok i jesteś zawsze ok, a ja jestem najgorsza, bo się czepiam i złoszczę, i na ciebie krzyczę, mimo że nie zrobiłeś nic oprócz zjedzenia talerza bograczu. Ale powiedz mi, ile można godzić się na to, że ktoś po prostu sobie jest, a konkretnie stoi jak słup – ani nie przeszkadza, ani nie pomaga.

 

Mówię to wszystko w duchu, podczas gdy Jonne starannie przeżuwa miodownik, przyglądając się każdemu kęsowi, analizując warstwy masy i ciasta. Mam wrażenie, jakbym wściekała się na burego kundelka przywiązanego do płotu. 

 

– Co? – pyta Jonne, przełykając, bo widzi, że intensywnie się mu przyglądam. Okruchy spadają na ceratę. Na wpół zjedzony miodownik smutnieje na talerzyku.

 

Kręcę głową, a słowa więdną mi w gardle.

 

– Idziesz się położyć?

 

Spuszczam wzrok i śledzę palcem prostopadłe linie kraty na ceracie.

 

– Ok – mówi Jonne po chwili niezręcznego milczenia. – Idę do pokoju.

 

Zostawia mnie w dźwięku sztućców i gwarze starszych ludzi omawiających jutrzejsze plany na plażowanie i zwiedzanie lokalnych kościółków w przedpołudniowym skwarze – marzą tylko o tym, żeby skończyła się ta groźna, tropikalna burza. 

 

Kiedy sama podnoszę się z krzesła i mijam stół starych lesbijek, jedna z nich chwyta mnie za nadgarstek. 

 

– Kochanie – mówi z amerykańskim akcentem, przeciągając samogłoski. – Słyszałam wszystko, co powiedziałaś w myślach do tego przezroczystego chłopca. Mam certyfikat kursu jasnowidzenia. 

 

Ich piesek szczeka, jakby był na baterie, jego kudłaty pyszczek wysuwa się spod ceraty. Spomiędzy natapirowanych rudych włosów jasnowidzącej lesbijki prześwituje skóra jej czaszki.

 

– Jeśli chcesz znać moje zdanie, honeeeey, powinnaś spróbować szczęścia z kimś spod znaku Wagi. – Jej oczy błyszczą. – Na przykład tym spod numeru 36, on z pewnością wygra jutrzejsze zawody. 

 

Patrzę na nią z niedowierzaniem, po czym wychodzę ze stołówki, szklane panele rozmazują się wokół mnie, razem z korytarzami, wózkami na ręczniki (biorę jeden) i lepkimi wykładzinami. Pukam do numeru 36, a drzwi otwiera mi zaspany Pēteris Bērziņš. Ma złotą, satynową piżamę i skołtunione włosy. 

 

– Świeże ręczniki – mówię, wyciągając do niego rękę z kawałkiem froty.

– Dziękuję – brzmi niepewnie i marszczy brwi. Nad wargą zauważam cień wąsa. – Przepraszam, nie chciałbym być nieuprzejmy, ale czy nie jest na to nieco za późno?

– Mogę wejść? – pytam, nadal ściskając ręcznik.

 

Nie spuszcza ze mnie uważnego wzroku, ale odsuwa się od framugi, wskazując na duszne wnętrze pokoju. Za oknem kłębią się pająki.

 

– Przepraszam za nieporządek – odzywa się, kładąc rękę na piersi, choć oprócz odsuniętej kołdry i ustawionych przy drzwiach butów do stepowania, pokój wygląda na niezamieszkany. 

 

Siadamy na łóżku, a ja odwracam się do niego, muszki latają wokół nas, próbuję sobie wyobrazić, że to świetliki. Całujemy się przez chwilę, jest przyjemnie, ale bez fajerwerków.

 

Kiedy otwieram oczy, widzę, że Pēteris rozłożył swój turystyczny parkiet. Wyciąga do mnie rękę, a ja wkładam jego zapasowe buty. Na radioodtwarzaczu włącza How Will I Know Whitney Houston. Jak lustro kopiuję każdy jego krok. Tańczymy coraz szybciej – toe drop, heel drop, brush i scuff – twarde podeszwy stukają o podłogę, powtarzamy kombinację, obracamy się, kłaniamy wyimaginowanej publiczności, a potem zaczynamy nowy układ, już do innej piosenki. Tymczasem za oknem kłębią się pajęcze odnóża i pomrukuje odchodząca już burza.  

 

Nina Sikorska – urodzona w 2001 roku w Bielsku-Białej, obecnie studiuje na piątym roku na kierunku Animacja na Uniwersytecie Artystycznym im. Magdaleny Abakanowicz w Poznaniu. Pisze, ilustruje i reżyseruje filmy animowane. Jej teksty ukazały się w kilku numerach magazynu Zakład, a ilustracje na łamach zina Girls and Queers to the Front oraz Po Godzinach. W 2025 była częścią rezydencyjnego projektu literackiego Lines from Visegrád. W swojej twórczości eksploruje zagadnienia kampu, polskości i teatralności. Można ją znaleźć na Instagramie na koncie @nelsikoreska.