12 kwietnia 2026

Mężczyzna z groty
Aleksandra Szymkowiak

Wersja audio

 

Zgrzytało między nami już od początku wakacji. Wiedziałam, że tak będzie. Jeszcze przed ślubem intuicja podpowiadała mi prawdę o tym mężczyźnie. Ale mimo wszystko chciałam zostać jego żoną. Nie każdemu gwiazdy piszą udane pożycie.

 

Dni upływały w udawanym spokoju, a ja w każdej możliwej chwili trwałam w przekonaniu o nadchodzącej katastrofie. On zdawał się tego nie dostrzegać; co rano bez słowa wychodził na taras, gdzie siadał przed laptopem i nie reagował, kiedy coś do niego mówiłam. Nie mogłam tego znieść, więc co chwila stawałam w progu drzwi balkonowych i, chcąc wyglądać nonszalancko, opierałam się o framugę. Wymyślałam najróżniejsze pytania, jakie mogłabym mu zadać. Moim ulubionym było: „Myślisz, że zwierzęta czasem zakochują się w ludziach?”. Podobało mi się zwłaszcza jego brzmienie. 

Z wynajętego przez nas domu rozciągał się widok na morze. Kiedy znudziłam się mówieniem do siebie, przesiadywałam na tarasie w samych majtkach i wystawiałam twarz do słońca. Kątem oka zerkałam na męża, stale pochłoniętego pracą. Wiele razy zbierałam się, żeby wyznać, że nie tego oczekiwałam od podróży poślubnej; zbyt wiele, aby cokolwiek powiedzieć. Chociaż miłość nadal trzepotała mi w trzewiach, wiedziałam, że muszę ją upilnować, bo inaczej doprowadziłabym do upadku wszystkich zasad, które między nami panowały.

 

Kochanie, zaczęłam tamtego dnia i usiadłam mu na kolanach. Czekałam, aż podniesie wzrok znad ekranu, ale trwało to tak długo, że kiedy zmęczyła mnie niepewność, wyszeptałam: chodź do łóżka. Ciągle milczał, więc pocałowałam go w kark, a potem jeszcze raz, namiętniej, w prawe ucho. Jest czas na pracę i czas na seks, odpowiedział w końcu szorstko i zawiesił wzrok na klawiaturze. Każdą częścią swojego ciała walczyłam, żeby nie wziąć tego za obelgę. Może później pójdziemy na tę plażę, gdzie wczoraj tak ci się podobało, wysyczałam, bo musiałam zagryźć górną wargę, żeby się nie rozpłakać. Tu jest lepszy widok, powiedział, a potem uniósł głowę i spojrzał w horyzont. Chociaż w tamtej chwili byłam w stanie zrobić wszystko, żeby tylko zwrócił na mnie uwagę, wiedziałam, że dalsza dyskusja nie ma znaczenia, i tak nie zmieni zdania. Po raz kolejny poległam. 

 

Droga na plażę wiodła przez strome schody. Mimo że był dopiero początek lata, roiło się od jaszczurek. Każdemu kroku towarzyszył szelest w wysokiej po kolana trawie. Przez ścieżkę przeszłam szybko, z obrzydzeniem. Natrafiłam na oderwany jaszczurzy ogon, który nadal podrygiwał. Z trudem odwróciłam wzrok i ruszyłam przed siebie.

 

Nie wiedziałam, czy to miejsce w ogóle można nazwać plażą. W przewodniku opisano je jako baseny naturalne. „Gładkie, wapienne skały wtapiają się tu w wąski przesmyk, który przechodzi w grotę, a później wpada do lazurowego morza”.

 

Rozłożyłam ręcznik na przykurzonych skałach. Wokół kręciło się sporo nastolatków. Skończył się rok szkolny, pewnie odwiedzali krewnych podczas wakacji. Trzymali się za ręce i skakali do wody na bombę. Chłopcy pokazywali sobie co ładniejsze dziewczyny. Na szczęście ten wiek zostawiłam już za sobą. 

 

Woda była przejrzysta i zimna. Usiadłam na krawędzi skały i zamoczyłam same łydki. Ochlapałam się, żeby nie doznać szoku termicznego. W końcu wskoczyłam.

 

Z otwartego akwenu przedostałam się do groty. Przestrzeń była olbrzymia, ale mimo wszystko dopadł mnie niepokój, kiedy przepływałam pod wystającą nad moją głową skałą. Dno zrobiło się ciemniejsze, więc obróciłam się na plecy, a wzrok zawiesiłam na wąskim okręgu u sklepienia groty, przez który wpadało słońce. Promienie przełamywały taflę, tworzyły pryzmat w odcieniach błękitu. Leżąc, kopałam nogami do żabki, a moje kończyny smagały fale jak pnącza. Zahaczyłam stopą o jeden z głazów, miękki od porastających go wodorostów. Czułam, jakby musnęły mnie włosy drugiego człowieka. 

 

Z groty dało się wpłynąć do niewielkiej jaskini, która majaczyła w oddali jak ukryty portal. Miała kształt sporej pochwy. Jeszcze wczoraj mój mąż śmiał się, że trafia się tam za karę. Kiedy sama przyglądałam się jej w milczeniu, w głowie wciąż kołatały mi jego słowa. Chciałam, żeby był tu razem ze mną.

Z ciszy dobiegło mnie czyjeś wołanie, echo odbijające się od ścian groty. Zatrzymałam się w jednym z zaciemnionych miejsc. Dno musiało być tam bardzo obślizgłe. Zmrużyłam oczy i dostrzegłam męską sylwetkę. Chodź do mnie, zaprosił melodyjnie, a potem usiadł na skale. Był nagi. 

 

Zajęłam miejsce naprzeciwko, na tyle blisko, że nasze stopy się zetknęły. Mężczyzna odgarnął mi włosy z twarzy i położył dłoń na klatce piersiowej. Miał ciepłą, delikatną skórę, pachniał solą. Głośno wypuściłam powietrze, a potem wyciągnęłam rękę w kierunku jego ciała, ale mnie zatrzymał. Spojrzał mi prosto w oczy, jak w tantrze. W milczeniu zrobiłam to samo. W tamtym momencie nasze pola mentalne na pewno się stykały. Wzięłam to za dobry omen. 

 

On z uśmiechem przyglądał się mojej dłoni. Zapomniałam zdjąć obrączki, więc zaczęłam obracać ją w palcach jak amulet. Mam męża, powiedziałam z dumą. Naturalnie, odparł, a z dna wyłowił algi i potarł nimi o moje podbrzusze. Dlaczego mnie zawołałeś? Przyjdź jutro, jeśli będziesz miała ochotę. Jesteś tu przez cały czas? Już nie odpowiedział; odwrócił się i zanurkował w głąb groty. Włosami poruszał jak ukwiał.

 

Wieczorem mój mąż wyszedł na spacer. Rozebrałam się i położyłam do małżeńskiego łóżka. W domu było ciemno i cicho, na otwartym morzu zachodziło słońce. Tylko wiatr raz na jakiś czas uderzał w zardzewiałe okiennice, a pies sąsiadów, jeden z tych, które z natury nikogo nie lubią, ujadał na przechodniów.

 

W myślach odtwarzałam przebieg minionego popołudnia. Dotykałam się tak, jak dotknąłby mnie mężczyzna z groty. Jego energia wykraczała ponad to, co znałam. Był jak Kalypso. Moja dłoń miarowo podnosiła się i opadała. Przyjemność rozlewała się jak magma. 

 

Mój mąż wrócił po dwudziestej drugiej; zapalił światło w całym domu i odsunął każdą ze skrzypiących szuflad. Nim się obejrzałam, już leżałam w jego uścisku. Przyglądał mi się z manią w oczach. W tym spojrzeniu nie było nic z łagodności; wyobraziłam sobie, że zaraz rzuci się na mnie jak zwierzę. Odsunęłam się. Nie masz ochoty, zapytał zaskoczony. Przecież to ty zawsze odmawiasz, wyrzuciłam. Wydajesz się dziwna, zaczął, wszystko w porządku? Przytaknęłam. Nie uważałam tego za zdradę i nie miałam zamiaru go o niczym informować. Zresztą, jeśli powiedziałabym mu, że popołudniem kochałam się z obcym mężczyzną, który mieszka w grocie, mężczyzną-nimfą, nigdy by mi nie uwierzył. A co, odparłam, coś ci nie pasuje? Milczał tak długo, że pies sąsiadów zmęczył się szczekaniem i zapadł w sen. Czasami zachowujesz się jak zupełnie obca osoba, powiedział, a ze względu na pauzę, którą zrobił, to określenie zabrzmiało jeszcze mroczniej. Nie musimy się kochać, jeśli nie chcesz, dodał i pocałował mnie w czoło, tak, jak ojciec całuje córkę w dniu ślubu. 

 

Kiwnęłam głową i przejechałam dłonią po jego klatce piersiowej, wplątałam palce w kręcone włoski rosnące wokół sutków. Nasze biodra złączyły się w płynnym ruchu. Głośno udałam, że dochodzę. Wierzyłam, że jako żona jestem mu to winna. 

 

Śniadanie jedliśmy w milczeniu odpowiednim dla dni, które nastały w naszym małżeństwie. Siedzieliśmy obok siebie, a słońce podświetlało nasze twarze, tak, że mrużyliśmy oczy i ledwo widzieliśmy, co jemy. Obserwowałam, jak mój mąż obiera pomarańczę. Dłoń lepiła mu się od soku; chciałabym oblizać ją od nadgarstka po czubek palców. Skóra byłaby słodka i chropowata. On rozsmarowałby na moich wargach miąższ z pomarańczy i położył ćwiartkę na języku. Całowałabym go coraz niżej, aż do stóp. Wyznałabym mu miłość, za każdym razem na inny sposób. Chciałbym zawsze być obok ciebie, powiedziałby szeptem i zaniósł mnie do sypialni.

 

Ciszę zagłuszył przepływający przez zatokę prom. Zostałam sama. Na ceramicznym spodku piętrzyły się cząstki pomarańczy. Wzięłam jedną do ust; była gorzka. Tęsknota sprawiła, że zakręciło mi się w głowie. 

 

Lepiej niż wcześniej dostrzegłam, że sprawom trzeba pozwolić na ich naturalny bieg.

 

Idę na plażę, krzyknęłam, zarzucając ręcznik na ramię. Kotku, ja zostaję, powiedział przepraszająco, muszę popracować. Wiem, szepnęłam mu do ucha i szeroko się uśmiechnęłam. Przez chwilę miałam wrażenie, że robię to szczerze. Dobrego czasu, odparł, zaskoczony, że poszło tak gładko. Kocham cię, wyznał. Nie zostawiaj mnie, chciałabym odpowiedzieć, ale wiedziałam, że nie powinnam. Zamiast tego posłałam mu kolejny uśmiech. 

 

Morze było zimniejsze niż poprzedniego dnia, ale tym razem wskoczyłam bez wahania. Popłynęłam odkrytą żabką. Kiedy kopałam nogami, coś gładkiego dotknęło mojej stopy. Z góry wyglądało jak srebrzysta łuna. 

 

Zanurkowałam, żeby przyjrzeć się ławicy sardynek. Ich grzbiety połyskiwały na niebiesko. Śledziłam je wzrokiem, aż nie wypłynęły z groty. W ekscytacji spojrzałam w stronę skały, gdzie wczoraj spotkałam mężczyznę, i wstrzymałam oddech. Na moim miejscu siedziała inna kobieta. Ją również masował algami.

 

Nie potrafiłam oderwać od nich wzroku. Wróciły słowa mojego męża, które miały mnie zapewnić, że mimo wszystko pozostaniemy małżeństwem, wyznana od niechcenia miłość. Wzdrygnęłam się.

 

W końcu tamta wypłynęła. Kiedy mnie mijała, uśmiechnęła się sztucznie, jakbyśmy korzystały z usług tego samego masażysty. 

 

Zawsze jesteś tak rozchwytywany, zaczęłam i rozejrzałam się po grocie. Wąska strużka światła przedostawała się przez sklepienie. Wiele kobiet mnie potrzebuje, odparł, a ja poczułam na skórze jego dotyk. Moje ciało było sztywne, niespokojne. Po raz kolejny pomyślałam, jak bardzo pragnę mojego męża. To wprawiło mnie w ponury nastrój. Dlaczego to robisz, zapytałam, żeby odwlec wszystko w czasie. Usiadłam na skale ze skrzyżowanymi nogami i spojrzałam mu prosto w oczy. Nie odpowiedział, więc zawiesiłam wzrok na jego sylwetce. Chociaż była dobrze wyrzeźbiona, kontury rozmywały się w tafli wody. Miał blond włosy i pełne usta, szerokie ramiona i długie palce. Zanurzyłam głowę. Ze stóp wyrastały mu łuski. 

 

Myślałam o meandrach nadbrzeżnej ścieżki, które pokonałam, żeby do niego dotrzeć. Nie wiedziałam, ile mam czasu, ani kiedy przyjdzie kolejna kobieta. Popełniłam błąd.

 

Dla was, odpowiedział, kiedy już wypływałam, to przyjemność przyjść do kogoś i nie zostać wyproszonym. 

 

Jego głos przypominał syreni śpiew.

 

Wracając, znalazłam muszlę wielkości dłoni i zabrałam ją ze sobą. Muszle takiego rozmiaru zwykle niosą w sobie dźwięk samego oceanu. Kiedy wieczorem przyłożyłam ją do ucha, niczego nie usłyszałam. Dobrze, że jutro wyjeżdżamy, pomyślałam.

 

Aleksandra Szymkowiak (ur. 2002) – publikowała m. in. w Składce, Epei, Tlenie Literackim, Stronie Czynnej, Odrze, Szajnie i Kwintesencji, gdzie również redaguje. Pracuje nad debiutancką powieścią, Punktami wrzenia.