Dawno temu.
W dniu moich narodzin pierwszy ojciec rzucił palenie, ale spóźnił się na poród.
Jako dzieciak chełpiłem się swoją niezwykłą rodziną: mam więcej ojców niż wy wszyscy razem wzięci!
Z drugim rozmawialiśmy o literaturze. Czytał to, co pisałem. Mówił, że jest dumny i czeka na kolejne fragmenty. Niczego mi nie poprawiał. Miał kobiece rysy i ciepły głos.
Moi ojcowie są tak liczni i silni, że wznieśli katedrę!
Ojciec numer siedem był szczupły i zabawny, ale rzadko go widziałem, bo pracował od świtu do wieczora. Gdy wracał do domu, przynosił mi najlepszą szynkę i komiksy z Kaczorem Donaldem.
Z ojcem numer dwadzieścia jeden grywaliśmy w ping-ponga. Nauczył mnie podciętych serwisów i niczego innego. W szatni opowiadał ciągle te same historie z młodości: o maturze, imprezach w akademiku, wyjeździe do Szwecji.
Zaletą posiadania tylu ojców jest możliwość przebierania. Zawsze znajdzie się jakiś do wspólnej aktywności. Z jednym jeździłem na narty, z innym żeglować. Na basen umawiałem się z ojcem numer pięćdziesiąt, gokartami ścigałem się z dwudziestką siódemką, z jeszcze innym chodziliśmy po górach. Miałem ojca od sztuk walki i od trambambuli. Od każdego ciągnąłem kieszonkowe.
Ojciec o numerze, niech no sprawdzę, chyba sześćdziesiąt cztery nauczył mnie grać w szachy. Gdy zacząłem go pokonywać, zapisał mnie do klubu i woził na turnieje. To było wszystko, co dla mnie zrobił.
Ważne, że koledzy mi zazdrościli. Nie było potrzeby wspominać o wadach wieloojcostwa. Jeden mówił „tak”, drugi nieustannie odmawiał. Inny na wszystko wzruszał ramionami. Który miał rację?
Z ojcem numer czterdzieści dwa paliliśmy marihuanę do płyt Pink Floyd. Każdy dźwięk słyszeliśmy bardzo wyraźnie. W przerwach między utworami śmialiśmy się Bóg jeden wie z czego. Na trzeźwo rozmowa się nie kleiła.
Ziemia obrodziła ojcami. Oglądam ich uważnie, ale nie potrafię wybrać.
Ojciec trzydzieści sześć wolał AC/DC. Nie akceptował innej muzyki. Zawsze puszczał ich w aucie na cały regulator, gdy pędziliśmy autostradą dwieście na godzinę. Darł się na innych kierowców.
Numer trzydzieści trzy był zupełnie inny. Nigdy nie podnosił głosu i dużo się modlił. Żył jak pustelnik i rzadko się kąpał. Majątek rozdał ubogim, zostawił mi tylko swój własny psalm.
Zdarzały się też wyjątkowo paskudne charaktery. Jeden tak strasznie na mnie krzyczał: ty kretynie, użyłbyś mózgu! Inny zdzielił mnie pasem, gdy popsułem słuchawkę prysznicową.
Nienawidziłem sześćdziesiątki ósemki – zostawił matkę, gdy go najbardziej potrzebowała.
Ojciec numer osiem przeciwnie: trwał wiernie przez wiele dekad, mimo że zniedołężniał i robił pod siebie. Był stary już wtedy, gdy mnie płodził.
Chodzę pośród ojców i nie mogę się zdecydować.
Jak przez mgłę pamiętam ojca, który dojeżdżał do Warszawy do pracy. Wracał zmęczony, ale zawsze miał dla mnie czas i dobre słowo. Nigdy nie przeklinał, śmiał się szczerze, a rano przed wyjściem podawał mi ciepłe kakao. Gdy zacząłem chodzić na poważnie z pierwszą dziewczyną, uroczyście wręczył mi prezerwatywę. Tłumaczył cierpliwie, o co chodzi z kobietami, i w ogóle z życiem.
Zmarł przedwcześnie.
To może nawet nie był jeden, tylko kilku ojców. Czasem stapiają mi się w jedną postać.
Ojciec pięćdziesiąt pięć spał do późna. Gdy wstawał, donośnie pierdział. Był głośny i irytujący, z wyglądu przypominał Quasimodo. Ale serce miał piękne. Gdy ludzie o coś go prosili, zawsze im pomagał, nawet moim innym ojcom.
Nie mogę nie wspomnieć o numerze siedemdziesiąt siedem, który uczył mnie prowadzić samochód. Jechaliśmy na pusty parking za Górniakiem i tam sadzał mnie na kolanach. Nie dosięgałem do pedałów, ale zawzięcie ruszałem kierownicą. Powtarzał, że świetnie mi idzie i jeżdżę lepiej od matki, która była za głupia, aby zrobić prawo jazdy.
Był też taki ojciec, niestety nie zapisałem numeru, który obiecał mi, że urządzimy sobie ognisko w Beskidach. Tylko my dwaj i duchy gór. Nigdy się nie wybraliśmy. Już nawet nie pamiętam, dlaczego.
Ostatecznie inny numer nauczył mnie rozpalać ogień. Do dzisiaj jestem mu za to wdzięczny, ale wyjazd nie należał do udanych. Tamtego nie dało się zastąpić. Niczego się nie bał. A ten spanikował… Gdy o świcie zaatakował nas niedźwiedź, to ja musiałem strzelić.
Innych z chęcią bym zamienił. Wszystkich wrzeszczących z byle powodu i tych, którzy wierzyli, że dzieci i ryby głosu nie mają.
Przechadzam się między ojcami. Nie mogę znaleźć tego jednego.
Z wieloma piłem wódkę, ale tylko z jednym potrafiliśmy się przytulać bez skrępowania. Już chyba o nim wspominałem. A może nie, czasem ojcowie mi się mylą.
Raz umówiłem się z numerem osiemnaście na polowanie, a pojechałem do sto ósemki. Z tym całym sprzętem myśliwskim do ojca buddysty! Do dzisiaj mi to wypomina.
Prawie wszyscy włączali telewizor od razu po przyjściu do domu. Oglądali walki bokserskie i kiepskie filmy sensacyjne. Czytali gazety na sedesie i przeklinali, gdy rozmawiali przez telefon.
Mimo zastępu ojców, zawsze czułem niedosyt. Było ich tak dużo, że nie dało się ich dobrze poznać. A może za mało? Powinienem mieć ich trzysta sześćdziesiąt pięć, po jednym na każdy dzień roku. Kilku jednak brakowało.
Tęskniłem za nimi. Tylu ojców wokół, a ja płakałem za tą garstką. Ciągle płaczę.
Za ojcem, który zmarł przy porodzie. Przychodziłem czasem na cmentarz.
Za ojcem, który wyjechał po moich narodzinach. Próbowałem go odnaleźć.
Za ojcem, z którym się pobiłem. Nikt nas w porę nie rozdzielił.
Czy on był tym prawdziwym?
Ojcowie też są zdezorientowani. Zawsze tacy byli. Jak dzieci. Miałem tylu ojców, a wszyscy kupowali mi nietrafione prezenty – oprócz tego, który zabrał mnie na wycieczkę do Egiptu, bo zapamiętał, że marzyłem o piramidach. Zapomniał za to spakować krem i spaliliśmy się słońcem.
Chodzę po ziemi ojców i szukam chociaż jednego sprawiedliwego. Zadanie skazane na porażkę, bo ojcowie ustanawiali zasady, których sami nie przestrzegali.
Chociaż jednego czułego. Ojciec trzysta trzy służył w wojsku i w domu też wydawał mi rozkazy, ale przynosił książki z biblioteki, a nocą przykrywał mnie kołdrą. Liczy się?
Jednego szczęśliwego. Czy to numer siedem, który upijał się kukurydzianą whisky i zostawiał hojne napiwki? Może ten, który uwielbiał grać w kalambury, mimo że fatalnie pokazywał hasła i nie potrafił przegrywać?
Albo ten, któremu zdarzało się chodzić nago po mieszkaniu i nucić Wish You Were Here? Żałuję, że nie poznałem go lepiej. Zostaliśmy kumplami, ale tylko na chwilę, bo gdy zacząłem śpiewać swój utwór, on umilkł i wyszedł.
Chciałbym, abyś tu był, tato. Abyś oddzielił dla mnie skórkę od miąższu. Abyś zasłużył na ocalenie.
Arkadiusz Sieroń (ur. 1988) - pracuje jako adiunkt w Instytucie Nauk Ekonomicznych na Wydziale Prawa, Administracji i Ekonomii Uniwersytetu Wrocławskiego. Oczywiście kocha swoją pracę, ale dopadł go kryzys wieku średniego i postanowił spróbować swych sił w pisarstwie. Jest autorem wielu publikacji naukowych, ale marzy o napisaniu powieści. W chwilach wolnych od pisania podróżuje i zdejmuje obrazy za pomocą światła. Publikował w takich czasopismach, jak: Suburbia, Strona Czynna, Tlen Literacki.