mieliśmy byliśmy
nad ranem wabiony niespokojnym snem
zapukał w nasze okno diabeł
za oknem były góry wysokie góry ciemne lasy
a za lasami gdzieś stał nasz mały dom
w tym domu na fotelu bujanym skrzypiącym
przed cienistym kominkiem usiadł diabeł
zwabiony zapachem niespokojnych dni
rankami parzył nam wywar gorzkiej atropiny
w garnku bulgotał krem z czarcich purchaw
gdy zasypialiśmy wlewał w nasze usta miód
miód warzony z pyłków fioletowych kwiatów
umarłych zanim pierwszy świt widział człowiek
uzależnił nas od hałasu nie umieliśmy ciszy
wszystkie meble inkrustowane węglem
niespokojne meble nie znosiły naszych ciał
w naszych oczodołach bluszcze
mahoniowe palce nie znajdują śladu skóry
patogeneza
fioletowe błoto infekuje śnieg
syntetyczna muzyka miasta
pobudza w dygocące ruchy
pchły autobusów tnące aleje;
przez zaciśnięte zęby kły ropa
opływa drogi i reflektuje
to nie jest światło to nie jest już noc
nie chwytam się chmur spróchniałych korków
nie wolno dotykać lepiej nie patrzeć
reguły mętne niech będą mętne
jakie to słowa to nie są słowa
to nie są myśli to moje myśli
białym drzewom lamp spływają liście
zakonserwują może do jutra
moje noszące kohorty świateł
rozchełstane w wiatr z lateksu oczy
Beniamin Misiak (ur. 2002) – student Uniwersytetu Jagiellońskiego; miłośnik malarstwa, nauki, natury, słów i niektórych chwil.