Wywinięte wargi, zmarszczony nos. Psie rysy na ludzkiej twarzy. Krok do tyłu. Trzask. Syk. Spieniona ślina wycieka kącikiem ust. Zaraz zrobi się głodna, ale jeszcze chwilę, jeszcze mogę na nią popatrzeć. Trzask. Żuchwa wysuwa się boleśnie do przodu, naciąga skórę. Już nie twarz, jeszcze nie pysk. Jest prawie przezroczysta. Skomle, kiedy przez przekrwione dziąsło przebijają się ostre kły. Krew miesza się z pianą śliny.
Zatapia wyrastające pazury w błocie, brudzi sierść wspinającą się po jej dłoniach, przedramionach, barkach. Wije się, tarza, popiskuje. Wbijam wzrok w jej gołe nogi, blade łydki, smukłe stopy. Najpierw trzeszczą piszczele. Palce puchną i wydłużają się, rozrasta się kość śródstopia, przekształca w wielką, wilczą łapę. Gdybym mogła podejść bliżej, usłyszałabym, jak pękają włókna mięśni, jak kości rozpychają się w jej zbyt ciasnym ciele. Cierpi, a ja nie mogę przestać na nią patrzeć. Sapie, a ja wstrzymuję oddech, by lepiej słyszeć chrzęst rozciągających się kręgów, chrupot kości ogonowej, która rośnie, rośnie, rośnie. Jej przezroczysta, naciągnięta skóra znika pod warstwą czarnej sierści.
Odrywam wzrok od powykręcanego tułowia, karykatury wilczego szkieletu. Patrzę jej w oczy. Patrzy na mnie ciemnymi, przestraszonymi ślepiami. Gdyby przestała zaciskać kły, poprosiłaby mnie, bym weszła już do domu, zamknęła drzwi, zabarykadowała się w środku. Jeszcze tylko chwila. Odsuwa się ode mnie z pyskiem nisko przy ziemi, uszami stulonymi po bokach obrośniętej ciemnym futrem głowy. Głodnieje. Krok do tyłu. Kładę dłoń na klamce otwartych na oścież drzwi i zastygam jeszcze na sekundę. Chcę, by otworzyła paszczę. Chcę zobaczyć jej zalane śliną kły i czarne podniebienie. Pamiętać o nich, gdy jutro ludzkimi ustami wypluje do zlewu w łazience resztki krwi zaschniętej na ludzkich dziąsłach.
Zamykam drzwi, przekręcam klucz po kluczu, zapinam łańcuchy. Nasłuchuję. Węszy, sapie, parska. Zaraz zawyje, zbierze się do biegu. Za drzwiami zostawi za sobą tylko odciski łap i echo trzaskających kości. Będzie wyć, gryźć, szarpać, pożerać. A ja, wyglądając przez okno we wspólnej sypialni, będę starała się usłyszeć każdy krzyk, najmniejsze mlaśnięcie, chrzęsty innych ciał, gruchot cudzych kości.
Wróci nad ranem. Jeszcze na czterech łapach wdrapie się na łóżko, przylgnie ciepłym, mokrym futrem do moich pleców. Będzie pachniała deszczem.
Joanna Majewska - ze Szczecina wyjechała do Poznania. Studentka filologii polskiej, norwidolożka, kociara.