PROLOG
Kiedy byłem niemowlakiem, mój ojciec odciął mi palec.
Był rzeźnikiem. Matka – nauczycielką francuskiego.
Pierwsze słowo, jakie powiedziałem, brzmiało „sekator”.
Wyszeptałem je z nordyckim akcentem, jakby ktoś wsunął mi do ust język północy, którym można było ciąć.
Między nimi – rzeźnią i ogrodem – rozpięte było moje dzieciństwo.
Ojciec miał w rękach mięso i metal, matka – ziemię i słowa.
On uczył mnie kroić.
Ona – sadzić.
Każde z nich na swój sposób wierzyło w życie po śmierci:
on w formie kiełbasy, ona w formie nasion.
Kiedy karmiono mnie piersią, czułem szczęście – ale od początku byłem dzieckiem dwóch sprzecznych światów.
Rzeźnicki stół i ogrodowy stół.
Ziemia i krew.
Modlitwa i nóż.
Matka wyrywała chwasty. Ojciec wyrywał flaki.
A ja leżałem pomiędzy – w łóżeczku ustawionym w rogu rzeźni, obok haków, połyskujących jak gwiazdy z innego układu nerwowego.
Dziś nazwano by to patologią.
W post-PRL-owskiej Polsce uchodziło to za osobliwą formę opieki nad nowym mieszkańcem planety Ziemia.
Nie mogłem narzekać.
Miałem wszystko, czego potrzebowałem:
pluszowego misia, zakręcone koraliki i odór zakrwawionej zwierzyny, który pachniał jak miłość.
Tamtego dnia matka miała korepetycje, więc zostałem z ojcem.
Łóżeczko stało obok stołu.
Nad moją głową wisiały noże – ciężkie, błyszczące, spokojne.
Czasem myślę, że od tamtej pory wszystko, co nade mną wisi, nazywam losem.
Zamachnął się nożem.
Ja wychyliłem się z ciekawości.
I wtedy – ciach.
Wrzasnąłem głośniej niż na sali porodowej.
Dopiero po chwili zrozumiał, że uciął mi mały palec u lewej dłoni.
Każde inne niemowlę zaciskałoby w tym momencie pięść wokół palca ojca.
Ja – miałem o jeden mniej.
Ale nie na długo.
Ku zdumieniu rodziców, palec odrósł.
Nikt nie wiedział dlaczego.
Lekarze mówili o blastemie – tkance, która przypomina sobie, co miała kiedyś znaczyć. Komórki, które nie wiedzą jeszcze, czy staną się mięśniem, nerwem czy skórą. Wiedzą tylko, że muszą naprawić świat.
Medycyna opisuje to chłodno.
Ja wolę wierzyć, że ciało pamięta o nas lepiej niż my sami.
Że moje pierwsze wspomnienie to nie ból – tylko to, że mogłem narodzić się ponownie. Od czubka palca.
MEWA NA PLANTACH
To był zwykły dzień w Krakowie.
Księża pośredniczyli Bogu w odpuszczaniu grzechów, a gołębie srały na lśniące samochody certyfikowanych psychoterapeutów.
Siedziałem na Plantach z kacem, jak zwykle.
Stężenie etanolu we krwi wynosiło jakieś 1,2‰, co w połączeniu z innymi substancjami wystarczało, żeby mózg generował chore fantazje.
Paliłem skręta i czytałem Tomasza z Akwinu na ławce identycznej jak wszystkie inne, obok skweru Andrzeja Wajdy.
Wszystko było zielone – drzewa, ławki i marihuana.
Pod Teatrem Słowackiego żule recytowali poezję. Nie wiedziałem, po co to robią.
Może liczyli na ekskluzywny banknot od przechodnia, a może uzurpowali sobie prawo do kultury wysokiej, skoro koczowali w cieniu teatru.
Każdego wieczoru przyjeżdżał tam samochód z wolontariuszami, rozdawali im koce i coś do jedzenia.
Między nimi pałętał się fundraiser – chłopak w moim wieku, z puszką monet „na chore dzieci”. Wyglądał bardziej na kogoś, kto sam potrzebował pomocy.
Ale na moją dobroć nie mógł liczyć.
Za każdym razem, gdy przechodził, odrywałem guzik z płaszczobluzonu i wrzucałem mu do puszki.
– Na szczęście – mówiłem z uśmiechem.
– Żarty sobie robisz? Wrzucaj monety jak wszyscy – odpowiadał.
Patrzył na mnie chwilę za długo.
Jakby chciał sprawdzić, czy naprawdę jestem aż tak pusty, czy tylko udaję.
Odwróciłem wzrok.
I wtedy ją zobaczyłem.
Na Planty przyleciała mewa.
Usiadła na gałęzi i patrzyła na mnie spokojnie, jakby wcale nie była
gościem z wybrzeża, tylko częścią tego miasta.
Patrzyłem i nie wiedziałem, czy to kac, faza po dragach, czy może coś zupełnie innego.
Czułem się jak dziecko, któremu na chwilę dane było zobaczyć Anioła.
Może to był tylko ptak. Może przywidzenie.
Ale w tamtym momencie była w tym czułość, której od dawna nie czułem.
Nie ruszałem się.
Jakby najmniejszy ruch miał ją spłoszyć i przywrócić wszystko do normy.
– Dowodzik od pana, proszę.
Podniosłem wzrok. Dwóch strażników miejskich stało nade mną.
Spojrzeli na mnie jak na przybysza z innej atmosfery.
Zaciągnąłem się ziołem.
– Czy słyszeli panowie o Odwróconym podziemiu Wisły? – zapytałem.
Wymienili spojrzenia.
Przez chwilę nikt się nie odezwał.
Wypuściłem dym z wilgotnych ust prosto na ich obłe twarze.
(WIDZENIE SYNTETYCZNE)
W tym samym czasie w krakowskich podziemiach robotnicy kładli pierwsze tory metra.
Szef projektu poplamił kawą plany budowy, a plama przypominała mapę Krakowa.
Nikt jej nie zmył.
Jakby miasto samo wylało się ze swoich granic.
MUZEUM JAPOŃSKIE
Noc była już zużyta.
Natalia zabrała mnie do Muzeum Sztuki Japońskiej po drugiej stronie Wisły, naprzeciwko Wawelu.
Niewiele o nim wiedziałem – jedynie, że Wajda lubił to miejsce.
Weszliśmy.
Pachniało kurzem, ryżowym papierem i lakierem z innej epoki.
Przy wejściu stał chłopak w moim wieku, wpatrzony w wielki obraz japońskiej rodziny z XVI wieku.
– Cześć, ile zarabiasz za godzinę? – zapytałem.
– Najmniej.
– Szukacie kogoś do pracy?
– Zależy jako kto.
– Jako gość, który pilnuje i patrzy sobie na walczących samurajów.
– Zapytaj na recepcji. Z tobą mogę co najwyżej wyjść na piwo.
Zaśmialiśmy się.
Miał w sobie coś rozbrajającego – tę bezbronność ludzi, którzy dawno już pojęli, że wszystko to fikcja.
Opowiadał o obrazach, rodzinach samurajów, rytuałach czystości i cienia.
Szaty. Miecze. Portrety.
Zwyczajność, która w swojej precyzji była doskonalsza niż nasze życie.
U nas nawet katastrofy wyglądają jak prowizorka.
Najbardziej uderzył mnie obraz stojący z tyłu sali, zawieszony na skręconej ścianie.
Nie wisiał jak inne.
Można było w niego wejść.
Zrobiłem krok.
I byłem w środku.
Między zwojami malowidła przedstawiającego bitwę: ogień, włócznie, końskie pyski, szum krwi.
W tej ciszy muzeum poczułem, jak przebija mnie włócznia – metaforycznie, ale boleśnie prawdziwie.
Natalia stała obok.
Nic nie mówiła.
Patrzyła na mnie w ten swój sposób – jakby widziała jednocześnie klęskę i zachwyt.
Z jej oczu i warg można było wyczytać wszystko, co milczała.
Wyszliśmy stamtąd jak z pobojowiska.
Nie byliśmy brudni z krwi, tylko z wzajemnych oczekiwań.
Z wszystkiego, czego nie potrafiliśmy sobie powiedzieć.
(WIDZENIE SYNTETYCZNE)
W innym porządku czasu, daleko stąd, w roku 1945 dwa amerykańskie samoloty zrzuciły bomby na Hiroszimę i Nagasaki.
W kilka sekund zginęło ponad sto czterdzieści tysięcy ludzi.
Temperatura wzrosła do czterech tysięcy stopni.
Cienie ludzi wypaliły się na murach.
Porcelanowe figurki topniały szybciej niż strach.
Światło zamieniło się w dźwięk.
Dźwięk w ciszę.
Cisza w modlitwę, której nikt już nie usłyszał.
A później Japończycy zaczęli robić to, co robią ludzie po końcu świata.
Rysować.
ORANGE FUCKED-UP FOX
[Kopenhaga, godzina 3:29]
Weszliśmy do klubu o nazwie Orange Fucked-Up Fox.
Lis o dwóch ogonach świecił na neonie nad wejściem, a obok ktoś nakleił Jana Pawła II z napisem:
„JP2 fucked-up too”.
Zanim barman zdążył cokolwiek powiedzieć, Sambor uniósł dwa palce i zamówił drinki o nazwie, której nikt z nas nie potrafił powtórzyć.
Wcześniej żarliśmy burgery w McDonaldzie – nowy zestaw z rukolą.
Natalia śmiała się, że to „europorcja”.
Ja twierdziłem, że to północny kapitalizm w sosie barbecue.
Sambor napił się i powiedział:
– Powinno się kastrować lisy dla dobra ogółu.
Nic nie odpowiedzieliśmy.
Wiedzieliśmy, że to jego epizody synkretyczne – językowe zwarcie, w którym sens ulega rekombinacji.
Światła były pomarańczowe i niebieskie.
Na ścianach tańczyły lisy – projektory rzucały ich sylwetki, jakby cała sala miała jeden wspólny oddech.
Nad barem wisiała tabliczka:
„DON’T TRUST THE FOX”.
Ciepły bas unosił się jak dym z kadzidła.
Natalia i Sambor poruszali się synchronicznie, zszyci jednym rytmem.
Ja tańczyłem osobno – w ciszy, we własnym pulsie.
W kącie klubu dziewczyna w srebrnej kurtce płakała, a w jej łzach odbijały się światła jak łuski ryb.
Natalia i Sambor zniknęli w tłumie.
Czasem ich sylwetki przecinały się w stroboskopie – jakby los sprawdzał, czy potrafi ich jeszcze rozdzielić.
Zamówiłem Carlsberga.
Wypiłem dwa pod rząd.
Podłoga z desek drżała razem ze mną.
Kiedy wrócili do baru, Sambor wcisnął mi w dłoń małą torebkę.
– Dobre na rozruch.
– To grzyby? – spytałem.
– Zobaczysz. „Born in Christiania”.
Poszedłem do kibla.
Śmierdziało plastikiem i sprayem do włosów.
Grzybki były w sreberku, jakby ktoś chciał nadać im godność.
Połknąłem je z wodą — tak bezmyślnie, jak dziecko hostię.
Wróciłem na parkiet.
Wtedy wszystko zaczęło się rozjeżdżać.
Lisy tańczyły w rytm własnych trzewi.
Były wszędzie – na ścianach, barze, podłodze, w mojej głowie.
I wtedy pojawiła się policja.
Światła zamigotały biało-czerwono.
Klub wyglądał jak flaga na dopalaczach.
Duńscy studenci wskoczyli na stoły, wrzeszcząc coś jak hymn wikingów.
Policjanci ściągali ich brutalnie na ziemię.
Zanim do mnie dotarli, zrobiłem susa do łazienki – lepiej niż niejeden lis.
Zamknąłem się w kabinie.
Słyszałem krzyki, szarpanie, rozbijane szkło.
Ktoś ryknął.
Ktoś zawył.
Ktoś się modlił.
Policjant roztrzaskał coś obok jednym uderzeniem ciężkiego buta – ceramika pękła jak skorupa jajka.
Coś się wylało, coś się rozsypało.
Papierki.
Mokre śmieci.
Smród.
Resztę dopowiedziała mi głowa.
Byłem po drugiej stronie Bałtyku, w zaszczanym kiblu, bez strategii i bez Boga.
Podniosłem głowę.
Na drzwiach kabiny wisiała naklejka.
Jan Paweł II – z papierosem i aureolą z piwa.
Uśmiechnąłem się.
I wtedy ktoś zapukał.
Najpierw lekko, potem mocniej.
– Politi!
Połknąłem resztę grzybów.
Wszystko zaczęło drżeć.
Sufit otworzył się jak usta Boga.
Papież z naklejki uniósł dwa palce w błogosławieństwie.
Miał ten sam wyraz twarzy co na pomnikach – łagodny i trochę zmęczony, jakby widział już wszystko, nawet mnie w tym kiblu.
– Nie tęskno ci za Płaszowem, chłopcze? – zapytał JP2.
– Jak cholera.
– To posłuchaj: duńskie psy nie mają litości dla krakowskich wikingów!
– Co mam robić?!
– Uciekaj! Spierdalaj stąd, już! Na Jasną Górę! Pogadamy później!
Byłem synem marnotrawnym, słuchającym audiencji w kiblu skażonym nadmiarem ludzkości.
Drzwi pękły.
Policjanci wpadli do środka.
A mnie już nie było.
Rozpłynąłem się.
Na drzwiach został tylko uśmiechnięty papież Polak z aureolą z piwa.
JASNA GÓRA
[Częstochowa, godzina 3:47]
Trampki miałem całe w śniegu.
Nos wciąż czuł świeżość kopenhaskiego powietrza i zgniłość rybiego mięsa, ale nogi stały już na Jasnej Górze.
Przed głównym budynkiem widniały rzędy krzesełek.
Między nimi a ołtarzem ciągnęła się scena, ośnieżona i pusta. W ostatnim rzędzie klęczała babcia.
Śnieg prószył z góry.
Wyglądało to tak, jakby nawet największy wiatr nie był w stanie poruszyć ciężaru jej modlitw.
Podszedłem.
Spojrzała na mnie jak na ludzką wywłokę – wzrokiem wyćwiczonym przez lata różańców, procesji i dobrze opanowanego milczenia.
– O co się modli? – zapytałem.
– O zdrowie psychiczne młodzieży polskiej – wymruczała zza ściśniętych od zimna warg, szorstko przesuwając paciorki.
– Mogę pomodlić się obok?
Kiwnęła głową. Uklęknąłem.
Spojrzałem w niebo – tej nocy bezgwiezdne, ciężkie jak oczy przed zaśnięciem.
Modliłem się o coś innego:
Mateusz Kułacz – student pierwszego roku sztuki pisania na Uniwersytecie Śląskim. Uczestnik Pracowni przed debiutem prozą na festiwalu Transport Literacki Biura Literackiego (2026), prowadzonej przez Katarzynę Szaulińską. Pracuje nad debiutancką książką Notatki Płaszowskiego Berserka.