1.
Baseny z kulkami. Ogromne przestrzenie, pełne wielkich, miękkich, kolorowych klocków i plastikowych piłeczek, były niemal jedyną treścią moich fantazji. Nocami wędrowałom po przestrzennych halach, niekończących się systemach zjeżdżalni, basenów, tuneli i innych trudnych do opisania zakamarków. Za każdą atrakcją pojawiała się kolejna i kolejna – sen ładował tę przestrzeń jak w doskonałej grze komputerowej, w której mapa nie ma końca, więc porzucasz rozgrywkę, żeby po prostu iść i cieszyć się, że możesz iść, zapominając o lęku, że może to nie mapa jest nieskończona, lecz to ty jesteś bardzo małe, małe jak punkcik, którego nawet nie oznacza się na mapie, a to znaczy, że jeśli będziesz szło bardzo, bardzo długo, nawet jeśli za tym bardzo długo będzie następne bardzo długo, to przecież w końcu dojdziesz do ściany. (Najgorsze są gry, w których nie da się dotrzeć do horyzontu, a gdy zbliżysz się zbyt blisko, nagle coś wyskakuje – w morzu rekin, na lądzie wielki robak – i zjada cię lub rozszarpuje: game over, nie pójdziesz dalej).
Ale nawet nie śniąc, marzyłom o basenach z kulkami. Zazdrościłom dzieciom, które wyprawiały urodziny w salach zabawach, i tym, które miały minibaseny z piłeczkami w domach. Poza urodzinami koleżanki z przedszkola byłom na sali zabaw tylko raz – tak dawno, że może to moje pierwsze wspomnienie,
a może mój założycielski mit.
2.
Byłem jeszcze dzieciakiem, kiedy zacząłem uczyć się żonglować. Najpierw ćwiczyłem na pustych w środku plastikowych piłeczkach, które wziąłem z zestawu zabawkowych kręgli. Jako tako nadawały się do żonglowania z użyciem dwóch rąk, ale gdy próbowałem robić to jedną, zdawały się na nic. Powinny być mniejsze.
Szperając po szufladach, gdzie trzymałem wszystko – od figurek postaci z ulubionej kreskówki po zżute gumy do żucia, znalazłem kilka kauczkowych piłeczek, trochę większych od tych standardowo sprzedawanych w automatach. Pierwsza była niebieska w czarne kropki, druga przypominała kartkę, na którą ktoś przypadkowo wylał wszystkie swoje farby, a trzecia była pomarańczowa i oplatała ją pośrodku, jak równik na globusie, neonowozielona linia. Tę ostatnią lubiłem najmniej, a właściwie wcale, ale kiedy żonglowałem, przestawałem o tym pamiętać, bo podrzucane piłeczki zmieniały się w kolorowe smugi i wyobrażałem sobie, że są dynamicznymi ciałami niebieskimi w bajecznym, kolorowym kosmosie. Momenty, kiedy mogłem się na tym skupić, były jednak rzadkie. Ten kosmos wcale nie był kosmosem, był raczej chaosem: gdy tylko zabrakło mi refleksu, piłeczki upadały na ziemię, a ponieważ zrobiono je z kauczuku, odbijały się wysoko i szybko w losowych kierunkach jak oszalałe – to była kosmiczna katastrofa, barwna zagłada wszechświata – a potem kończyły w szparach pod regałem, skąd musiałem je wyciągać, czerpiąc z najgłębszych pokładów cierpliwości i sprytu.
W dniu urodzin rodzice podarowali mi specjalne piłeczki przeznaczone do żonglowania i długo cieszyłem się ich doskonałością. Gdy spotykały mnie stresujące sytuacje, przywoływałem wyobrażenie ich ciężaru w dłoni i dynamiki opadania. Uczyłem się, że czasem to ja żongluję sytuacjami, a czasem one mną – ale dopóki jestem piłeczką do żonglowania, a nie piłeczką z kauczuku, mówiłem sobie, wszystko jest w porządku.
3.
Wydaje mi się, że miałam gorączkę, bo sen, który mi się wtedy przyśnił, różnił się od wszystkich innych. Przewracałam się z boku na bok, nie mogąc zasnąć (albo nie mogąc się obudzić). Zauważyłam coś kątem oka. Zdarzało mi się to bardzo często – szybciuchne momenty, gdy widzi się coś, czego nie ma, równie szybko odwraca się głowę, a jeszcze prędzej przychodzi ulga potwierdzenia: rzeczywiście, nic tu nie ma.
Jednak tym razem był tam pajac. Nieduży, nieco wyższy od szafki nocnej. We wdzianku z pozszywanych łat i z imponującą spiczastą czapką w mniejsze i większe kropki. Stał dwa czy trzy metry od mojego łóżka – akurat w takiej odległości, żeby nie przerażała mnie jego bliskość, skoro wystarczająco straszna była sama obecność. Uśmiechnął się i wyglądał jak pies okazujący komuś zaufanie i sympatię. Im dłużej patrzyłam, tym bardziej ten uśmiech tracił na psowatości, stawał się koci, a ostatecznie przeszedł w coś gadziego. Zapytałam go bardzo cicho, czy jest jaszczurką, a pajac odparł, że jaszczurki nie bawią się piłkami. Wtedy zauważyłam leżące wokół niego piłki – niektóre były prawie tak duże jak on. Nie miałam czasu, żeby się zastanowić, skąd tyle piłek wzięło się w moim pokoju, bo zanim przyszła ta myśl, już pojawiła się inna: że te piłki zostaną mi zabrane, a wraz z nimi wszelka okrągłość. Uśmiech pajacyka nie był psi, koci ani gadzi – był kwadratowy. I nawet kiedy pajac zniknął, zabrawszy ze sobą piłki, kwadrat jego uśmiechu pozostał.
Od tamtej pory stopniowo przestawałam czuć krągłości. Wskakiwanie do basenu z kulkami byłoby dla mnie jak tarzanie się w kanciastych sześcianach. Nie mogłam grać w piłkę, w kręgle, żonglować. Chwytanie piłeczek prawie bolało. Nawet po latach – nawet teraz, gdy jestem już dorosła – czuję, że nie ma rzeczy okrągłych. Mieszkanie, które wynajmuję, jest kwadratowe i chodzę do kwadratowej pracy. Język, którym się posługuję, też jest kwadratowy i chociaż próbuję opowiedzieć o sobie, nie ma dla mnie miejsca w żadnym z jego czterech kątów. Mówiąc to, sama czuję się kwadratowa.
Wiem, że tamten sen z dzieciństwa był tylko snem – ale był też początkiem uświadomienia sobie czegoś: że uśmiechy mogą być kwadratowe, że wszędzie dookoła istnieje napięcie między kątem i zaokrągleniem, liniami prostymi i falami. Jednak – myślę sobie – skoro to napięcie jest wyczuwalne, krągłości i fale powinny być dla mnie tak samo rzeczywiste jak kąty i boki kwadratów. Nie wiem, dlaczego ich nie czuję.
4.
Siedzimy na miejskiej plaży i obserwujemy bańki mydlane puszczane przez tuptającą w pobliżu gromadkę dzieci. Chyba mają jakieś święto – widzimy porozrzucane dookoła talerzyki z resztkami ciasta, przywiązany do drzewa wypełniony helem balon o trudnym do rozpoznania kształcie. Bańki wychodzą im ogromne i mienią się tęczowo. Chcielibyśmy dotknąć takiej bańki, ale tak, żeby nie pękła. Chciałybyśmy, żeby bańki zamieniały się w błyszczące zmiennokształtne stworki, żeby można było je głaskać, dotykać ich plastycznych, miękkich ciał. Nie wiem, które z nas zadało to pytanie: czy siedząc na tej samej plaży, po której biegają dzieci, świętujemy razem z nimi?
Jest nam dobrze.
Weronika Rychta – urodzona w 1996 roku. Korektorka i redaktorzyca. Ukończyła filologię polską i gender studies, a teraz studiuje filozofię. Miłośniczka grozy i groteski, entuzjastka codzienności.