I.
Okrzyknęli to domem i przyjęło się jak SARS-CoV-2 z Wuhan i śmierć w maseczkach i gumowych rękawiczkach, a jednak znowu tu byłam. Podobno nie wolno się z tego śmiać (z covidu, hej!), tak jak z Holocaustu i pedofilii. Tak powiedziała mi znajoma z pracy, a ja jej uwierzyłam, bo jestem naiwna jak dziecko. Wie, co mówi, bliska jej osoba zmarła w szpitalu. Tam, gdzie mieszka śmierć, śmiech staje kołkiem w gardle.
Rękawiczki kupiłam czarne, by dodać sobie elegancji. Gdy moje ciało pokryją starcze plamy, będą w sam raz do trumny. Durna ja, skarciłam się w myślach za trumienne śmieszkowanie. Wielki czarny kleks i tłusta plama, cała ja, pierdolony trop rzucony na leśnym rozstaju i jebany brak taktu. Miało być bez przeklinania.
Ojciec łypał na mnie spod oka, gdy naciągałam lateksowe cuda tuż przed wyjściem do supersamu. Grzecznie schowałam listę zakupów do kieszeni. Nie mieszkałam w domu (sic!) od kilku ładnych lat i były to najpiękniejsze lata mojego zasranego życia. Więzi są silniejsze niż pamięć, a może socjalizacja tak mnie pięknie ułożyła, że nie odróżniam woli od bezmyślnej gospodarki leśnej, wycinamy, karczujemy, sadzimy, rżniemy w pień i abarot to samo, aż nam matka ziemia pokaże środkowy palce i nie zemrze, mordująć wszystkie swoje nienarodzone dziatki.
Janek nie wyraził głośno dezaprobaty na widok córki w czarnych lateksach i czapce krasnoludka, a to było do niego niepodobne. Na takie chwile przechowywał odpowiednie epitety i cytaty, takie aż w pięty szło. Przez jedną krótką chwilę chciałam wyjąć z kuchennej szuflady termometr i sprawdzić, czy nie mamy do czynienia z kolejnym ogniskiem wirusa pod samiutkim nosem. Dość. Wystarczy. Ta mała czarna owieczka, jagnię z drugiego miotu, z czarnymi kopytkami zamiast połyskliwych pantofelków na idealnie skrojonych stópkach, ciągnęła się z drugiego końca miasta, by jak na przykładne dziecię przystało wesprzeć staruszków pomocną dłonią, podać szklankę wody czy po prostu odrobić pańszczyznę. Zapewne właśnie dlatego należało ugryźć się w język. A może matka go przetrenowała z obawy, że wyjadę za morze, jak dwie pozostałe pociechy. (Chociaż sama przesadnie się nie hamowała.) Obawy były kompletnie nieuzasadnione, wszczepiono mi w głowę metalową płytkę, wydającą nieznośny pisk i wywołującą klasterowe bóle głowy, gdy śmiem tylko nieroztropnie oddalić się poza wyznaczoną dla mnie bezpieczną odległość, na jaką naciągała się różowiutko przezroczysta pępowina.
Lubiłam obserwować swoje obleczone w lateks dłonie obracające te krągłe i te bardziej podłużne, niepozbawione jeszcze jędrności owoce i warzywa, i było w tym coś smacznego, mokrego i cacanego kontra ohydnego, zepsutego i zdrożnego. Turlałam je pulchniutkie wnętrzem jednej ręki po świeżo wylanym asfalcie drugiej. Gdybyś tu był, przysięgam, ale gdybyś tu tylko był. Zjawił się, wypadł ze szczeliny na suficie, jak z jakiegoś wrzodu wszechświata. W tej swojej hawajskiej koszuli i rurkach kompletnie niewłaściwie podkreślających przyrodzenie, to turlałabym się z tobą na tej obrzydliwej i ulepionej rozlanym jogurtem posadzce i dochodziłabym raz za razem, wielokrotnie i z wytryskiem, moim rzecz jasna. Ale nie ma tu ciebie, więc ssie mnie nieznośnie w żołądku i gdyby nie te cholerne rękawiczki, odgryzłabym skórki do krwi.
Ładuję wszystko do siatek i po prostu wychodzę, przygnębiona zwyczajnością dnia i lękiem przed powrotem natręctw i obsesyjnych myśli. Kompulsja i obsesja, moje dwie siostry, wyimaginowane psiapsi z dzieciństwa. Fantazjowanie o spółkowaniu między słoikami z ogórkami i puszkami z konserwowanymi warzywami w celu obniżenia napięcia nie wróży nic dobrego. Fuck!
A może to jednak nagły poryw serca, a gdy pokonam pół miasta do ciebie żar zagaśnie i będę tylko palić papierosy, wystawiając zakapturzony łeb za okno i słuchać, jak skwierczy krótka istota tytoniu opuchniętego w małą papierową formę i długiego nikotynowego patyczka między palcami. Skwierczy to, co mogło jęczeć, wyć, sapać, ochać i achać. Po wszystkim strzepnę pył. Język zwinę w rurkę.
II.
Dom – nabieram powietrza. Dom to gniazdo, centrum bioróżnorodności, wyściełane pierzem, gałęziami, sierścią, pajęczyną, mchem, trawą i bóg wie, ale nie powie, czym jeszcze. Nie wierzę im. Moja wiara dopuszcza do siebie tylko prawdę o szkieletach wyrzuconych z gniazd piskląt.
Ufam kukułkom, nie wiją gniazd.
Wymykam się przez obdrapane ramy, które są, albo się tylko wydają być tym, co chciałabym w nich widzieć. Nie ma tu drzwi i okien. Tylko serce kołacze w piersi, i coś mi to przypomina, bojaźń bożą? Za żebrami mam pierzastą kulkę, rozedrgany pocisk, drobną kłótliwą bestię, żarłocznego wściekłego rabusia-modraszkę. Zamykam ją za parzystymi prętami kości i nie pozwalam odlecieć.
Kto by się spodziewał, że z budowy gniazda można tyle wyczytać: warunki środowiska lokatorów, ich dietę, a nawet drogę rozwoju rodowego i zmiany ewolucyjne. Te ostatnie zdają się być wyjątkowo frapujące. Bo czyż to nie jest wielce zajmujące, wrzucać i wyjmować obleczony w skórę worek kości, mięśni i narządów, sieć zawiłych i nazbyt często szwankujących instalacji, w następujące po sobie w pewnych odstępach czasu bąble powietrza wypełnione zmieniającymi się w szalonym tempie warunkami, by sprawdzać, do czego ostatecznie nas to zaprowadzi. Rozglądam się w poszukiwaniu początku i końca biegu osi, ale ogranicza mnie mój własny układ współrzędnych. Moje ćwiartki, znajome odległości, mruczą, gdy łaskoczę je po całej rozciągłości ich kartezjańskich pysków.
Lubię się w liczbach parzystych, ale symetria wyprowadza mnie z równowagi. Piersi, pierwsze co przychodzi mi do głowy. Z tej przyczyny, zamiłowania do parowania, nie parzenia wbrew utartym ścieżkom myślenia, i chciałabym mieć dwie łechtaczki, jedną dla niego, a drugą dla mnie, bo nauczono mnie się dzielić, ale mam w sobie ten faktor, który szepcze mi do ucha „my precious” i każe zatrzymać skarb tylko dla siebie. Mój mały różowy przycisk, guziczek, koralik wyciągnięty ze szpary w podłodze, ma być tylko dla mnie. Nikt inny nie musi o nim wiedzieć, nadawać mu swoich przymiotów, naddawać znaczeń, zawijać w sreberka i podawać sobie z ust do ust jak zwietrzałą czekoladkę. Fuck off!
Usłyszałam, że można wyjść z domu, ale dom z ciebie nie wyjdzie. Myślę o tym za każdym razem, gdy wykonuję lustrzane odbicia gestów rodziców. A tak przeze mnie znienawidzone słowa ładują się mi na język wielką drewnianą łychą, zaciskam zęby i kąsam je do krwi, spływają do żołądka, wywołując nudności i torsje całego ciała. Wkładam palce do gardła i drażnię się z nimi, chcę ryczeć jak lwica, a ujadam jak suka.
Przedrzeźniają mnie formy zamknięte w przeszłości i regularne wycieranie ich z kurzu puszystą tęczową szczotką. Czy dlatego nie oglądamy filmów, w których pary kochają się z kim chcą, gdzie chcą i jak głośną chcą? Odruchowo chwytałabym za pilot i zmieniała kanał. Nerwowo rozglądając się, czy tatuś widzi swoim trzecim okiem zepsutą córeczkę z mieszkania na drugim końcu miasta. Tą samą, która paskudzi sobie myśli w supersamie.
III.
Naciskam klamkę, zamknięte. Szmery dochodzą zza drzwi, a czuję jakby wychodziły z mojej czaszki. Drzwi otwiera mama, przykładnie zaciągam maseczkę i tak stoimy face to face, matka z córką. Wszystko, żeby tylko nie sprawdziły się proroctwa wielokrotnie wypowiadane w okresie mojej adolescencji: „Ty nas z ojcem zabijesz”. O takiego i dociskam maseczkę. Nie dziś i nie ja. Wyłożoną mam skórę od wewnątrz tanią mozaiką z wyrzutów sumienia, kolekcjonowanych przez lata. Los zbieraczki. Bracia mają wyjebane, jakby kutas torował im drogę przez życie i usuwał wszystkie napotkane na niej przeszkody. Sama chyba w to nie wierzę, ale wkurza mnie swoboda i gracja, z jaką rzucili się wpław życia i dopłynęli za morze. Co ze mną jest nie tak? Czy synowie mają zdobywać świat, a córki, uwiązane niewidzialną nicią, oddalać się co najwyżej na drugi koniec miasta, by czynić swoją powinność, słodkiej św. Marty, służącej, kucharki, gospodyni domowej.
– Dziękuję – mówi mama i odbiera ode mnie wypchane po brzegi foliówki, ale w taki sposób, że czuję, jakby to ona robiła mi przysługę. Szczwany lis. – Nie miałaś wielorazówki? – Kręci głową, nie ma maseczki, za którą ukryłaby niesmak i zgorszenie malujące się na jej twarzy. – My z tatusiem nie zbieramy już plastyku, to zabija wieloryby i koralowce od tego bieleją.
Co do chuja, myślę tylko, ale nie mówię na głos.
– Zaprosiłabym cię, ale sama rozumiesz, wolimy nie ryzykować z tatusiem. Poczekaj, przełożę zakupy i oddam ci twoje torby – mówi i chowa się za drzwiami.
„Torby” wypowiada ciężko, z naciskiem i brzmią wyjątkowo paskudnie, biczuję się za nie w myślach przez dziesięć minut, oczekując na ich zwrot. Na pewno wyjebię je do najbliższego śmietnika. Że też akurat dziś nie wzięłam swojej płóciennej siatki. Przez kolejne lata we wszystkie święta, w ramach dyskusji o ekologii będę otrzymywała krótką reprymendę, należy przecież aplikować dawki przypominające na wszelkie przejawy głupoty i braku dyscypliny.
Drzwi ponownie się uchylają.
– Proszę. – Wręcza mi „moje torby”. – Także jak już mówiłam, dziękujemy z tatą. Pomidory trochę za miękkie wybrałaś, taki jakiś przecier, nie pomidor, szybko je zjeść trzeba, i te masła to z krótką datą ważności, ale to zamrożę. No idź, już idź.
– Cześć, mamo.
– Zadzwonimy z tatusiem, gdy będziemy czegoś potrzebowali.
– Jasne, nie ma sprawy.
Uff. Wdech, wydech. Chujowo z tymi torbami wyszło. Jestem już prawie pewna, że śpiew wieloryba już nigdy nie sprowadzi mojego snu na właściwe tory.
III.
Skaczę w butach do pustego basenu. Rejwach mam w głowie, bombajską ulicę. Wchodzę do naszego mieszkania. Zajechana jak po maratonie. Przez naprawdę krótką chwilę myślę o swoim zespole WPW i że pewnie wkrótce zdechnę tak jak inne chore zwierzęta. Arytmia rozsadzi mi serce, albo w udziale przypadnie mi taki powiedzmy zawał. Robi mi się niedobrze, cały ten gruz nawożony przez lata podchodzi do gardła.
Przy stole siedzą już moje niechciane siostry, piją z moich kubeczków i jedzą z moich talerzyków. Nagle przypominam sobie o palcach w gardle, więc wsuwam je głębiej nad język i mocniej, i jeszcze, aż czuję, jak zawracają wszystkie auta na autostradzie, jak maszynista wychodzi z pociągu i przestawia tory na torsje. I jest pusto, cicho, hamuje przestrzeń. Pola przechodzą zgrabnie w niebo, nie widać miejsca styku. Nie szukam.
Jest we mnie proza i jest poezja, szkoda, że nie ma nic dobrego. Trzeba przyznać, że jednak ojciec to się na mnie pierwszy poznał.
Epilog
Palę papierosa na balkonie wychodzącym na park Skaryszewski. To śmieszne, gdy idąc tam, mówimy, że idziemy się dotleniać. W tle śpiewa Błażej Król.
Jestem tu dlatego
Bo nigdy nie pomyślałem
O tym że chciałbym
Tu być!
Panta rhei. Nie zakładam już gumowych rękawiczek, supersam zmienił nazwę i szyld, zamknięto kilka knajp w okolicy, nie przetrwały pandemii. Panta rhei. A mi się nie udało zabić ojca i matki.
Matka mówiła, że urodziłam się z pępowiną owiniętą wokół szyi jak korale.
Nie noszę żadnej biżuterii, wystarczy mi jeden łańcuch.
Jutro znowu pojadę na drugi koniec miasta.
Mira Król – osoba pisząca. Mieszka na mazowieckiej wsi. Publikowała w Migotaniach, Afroncie, Drobiazgach, Stronie czynnej, Helikopterze, Szajn, Składce, Trytytce, Zakładzie, w Ósmym Arkuszu Odry, Tlenie literackim. Niezmiennie „zanurza się w wątpia” i szwenda. Na deficyt zieleni poleca: pola, łąki, lasy i rower.