[…]
Ten wieczór postanowiłam spędzić inaczej niż zwykle – zamiast grać z moim odbiciem w łapki czy układać kostki domina w równe kręgi na dywanie – umówiłam się na randkę. Chłopaka znalazłam w gazecie, w rubryce ogłoszeń matrymonialnych. Twarz wyglądała na czerstwą i sympatyczną, jego uśmiech przebijał się przez czarno-biały raster. Wydał mi się wtedy lekiem na moją lękową manię i zaognioną skórę.
Na odchodne zerkam na babcię w jej mrocznym sanktuarium – ze stopami wyciągniętymi na serwecie, kropidłem ukrytym głęboko w szafie, oświetloną wąskim snopem światła z telewizorka. Upiornie pomarańczowi aktorzy uśmiechają się do niej, przeżywają dramaty, rozwodzą się. Babcia mówi, że zapakowała mi na drogę trochę paprykarza, żebym najadła się przed spotkaniem i nie narobiła jej wstydu. Zamykam za sobą drzwi z cichym trzaskiem.
Wrota tramwaju rozwierają się, a ulica bucha gorącym powietrzem, ostatnim tchnieniem upalnego dnia. Srebro-złoto, zegarki 24h, bielizna XXL i w końcu mój cel – niepozorny wietnamski bar.
Na czerwonym skórzanym krześle czeka już on – ogolony na łyso, w bluzie dresowej zapiętej pod szyję. Kiwa na mnie głową, unosząc dwa palce.
– Bogusz – przedstawia się. Wymieniamy uścisk dłoni nad plastikowym menu rozłożonym na stoliku z deseniem w palmy.
Ja też się przedstawiam, na co jego usta układają się w uśmiech – podobnego do tego, który pamiętam z gazety, tylko jakby zglitchowanego przy kącikach. Siadam i z miejsca przyklejam się do krzesła, wentylator buczy zapamiętale.
– Siedzę teraz na asp – zaczyna Bogusz, uprzedzając moje pytanie. – W teorii jestem na foto, ale moja praktyka artystyczna jest znacznie szersza. Teraz chyba najbardziej jarają mnie skany 3d, performance, wiesz, trochę też robię muzy swojej.
Podnosi na mnie oczy, a logo adidasa rozciąga się, kiedy bierze oddech. Rzęsy zostawiają na policzkach długie cienie.
– Ty masz dobrą twarz, ja bym to wykorzystał jakoś, można by cię fotografować w różnym oświetleniu.
Kiedy już mowa o oświetleniu – jego skóra w barowym świetle zdaje się prawie przezroczysta. Pod jej powierzchnią rysuje się siatka żył, które zamiast klasycznie błękitne, są alarmująco czerwone. Rozglądam się po restauracji w poszukiwaniu czegoś nietypowego, jakiejś nadprogramowej lampki ultrared, która wywołuje ten efekt, ale wiszą tu tylko zwykłe, narzekające świetlówki.
– Jak zrobiłaś tą minę teraz – Bogusz trze sobie w rozbawieniu oko – to w stu procentach zmaterializowała mi się moja była. Nie będziemy o niej gadać, ja mam to już przepracowane, ale wiesz, tu, na kciuku – jego palce pokryte są tatuażami – utknęły mi tuszem jej bazgroły. Myślę o niej za każdym razem, gdy zerkam na kłykieć, ale nie będę teraz tego usuwał, wiesz ile to kosztuje? Nie w tej, kurwa, ekonomii – śmieje się, próbując mnie zaangażować w swoją dowcipność, ale te jego palce, one naprawdę są całe czerwone, nawet trochę połyskliwe, taką dziwną ma tę skórę.
– Ty nie masz jakiejś alergicznej reakcji? – pytam, wskazując na jego dłonie.
– Reakcji? Na co niby, przecież nawet nic jeszcze nie zjedliśmy. – Unosi brew i wpatruje się we mnie spod przymrużonych powiek jak świnka peppa, kiedy jest zła.
– Teraz pylą… lipa pyli – mówię od niechcenia, bawiąc się solniczką. Odchrząkuję. – W swoim ogłoszeniu napisałeś, że interesujesz się socjologią?
– Tak napisałem? Wiesz co, szczerze nie pamiętam, o co mi chodziło, możliwe, że mieliśmy z chłopakami jaranie wtedy. – Przejeżdża dłonią po ogolonej głowie. – Ale jest coś w tym? W sensie lubię robić rzeczy i testować ludzi reakcje, ultra ciekawe mi się to wydaje – i śmieje się swoimi pięknymi oczami, swoim uśmiechem rozpiętym na kościach policzkowych. A we mnie jakby coś zdrętwiało, zapomniało, jak się chichocze.
– Coś z karty? – pyta pan zza baru.
Moje słowa plączą się i utykają w gardle – ostatecznie Bogusz mi przerywa i zamawia za mnie, bo twierdzi, że lepiej zna się na kuchni azjatyckiej. Wykorzystuję ten czas i wpatruję się w jego manieryzmy, transakcentację słów, dziwactwa wyselekcjonowane starannie na drodze przybierania wyćwiczonej pozy. Mam wrażenie, że jego skóra coraz bardziej się rumieni i pulsuje – jakby coś chciało się z niego wydostać. Czy to pył z owoców morza dryfuje w barowej zawiesinie wywołując pęcznienie tkanek?
– Moja mama na przykład uwielbia owoce morza – próbuję zacząć neutralny temat. – Upodobała sobie zwłaszcza langusty i kiedy byłam mała, to nawet ułożyłam dla niej o nich wiersz – mówię, patrząc ostatni raz na dania, których nie zamówiłam.
– Ja już od dawna nie utrzymuję kontaktu z rodzicami. – Bogusz odchyla się na krześle. – Poszedłem już dalej. Jak dzwonią na komórkę, to udaję, że nie słyszę. Czasem najlepiej jest się odciąć grubą kreską i stworzyć siebie na nowo. No i teraz szukam czegoś na luzie, bez zobowiązań, z tym że zaraz, bez zapowiedzi, może się zrobić poważnie, mogę znienacka znaleźć dla nas mieszkanie i poprosić, żebyś nie jeździła do swoich rodziców, ale to wszystko będzie ok, bo to będzie bardzo romantyczne i będziemy tylko my dwoje kontra świat. Oczywiście to nie teraz jeszcze – (śmiech) – ja tylko daję ci znać, ponieważ dbam o komunikację i otwartość w ewentualnym związku. A wyglądasz mi na kogoś, kto mógłby pasować mi do tej roli, tylko powiedz mi, czy ty masz w szafie jakieś szersze spodnie, coś takiego bardziej na luzie, plastikowe kolczyki, żebyśmy pasowali do siebie, jak pójdziemy razem na wernisaż albo jakieś drukowanie na sicie, poranny rave?
Auć, co to jest, korzonki? Wyrastają mu z paznokci i z uszu, oplatają mi kostki i nadgarstki.
– Chyba nieszczególnie lubię plastik, a już tym bardziej w uszach – mówię, choć w głowie migocze mi od jego paplaniny, mnożących się wątków, ich rozgałęzień.
– Ha – śmieje się znowu Bogusz. – To o kolczykach to był akurat dowcip, powinnaś nauczyć się traktować życie z większym dystansem. A wracając do rzeczy serio, które traktuję jako proces i drogę, i osobistą przemianę, moja przeszłość jest już pogrzebana, daleko daleko za mną. Tu nie ma już o czym mówić, ja jestem nowym człowiekiem. Ale nie wiem, czy ty spełniasz do końca moje wymagania, czy jesteś gotowa spalić się i stworzyć na nowo, bo teraz jesteś trochę za krzywa, a twoje kontury wychodzą poza mój świat… Ale nosisz w sobie potencjał, coś mnie w tobie – przełyka głośno ślinę – fascynuje.
Słabo go słyszę, bo skóra spuchła mu tak, że gubią się jego ostre rysy, a głos dobiega zza grubej warstwy tkanki.
Rozlega się pisk samowaru i nagle pękają żarówki nad naszymi głowami, eksplodują też słoiki z paprykarzem w mojej torebce. Z kuchni wylewa się wrzącym strumieniem bulion, który rozbija szyby, rozbryzgując się na wszystkie ściany. Bogusz nie mówi już, nie porusza się, obrasta tylko półkolistymi ściankami paprykowej skórki. Próbuję poluzować korzonki, które zacisnęły mi się boleśnie wokół kostek i przegubów, ale nie mogę wcisnąć pod nie palców, rozkrwawiam sobie tylko paznokcie. Z torebki zanurzonej w gorącej, karminowej zupie, wyszarpuję mój nożyk introligatorski i przecinam obezwładniające łodygi i pędy. Naprzeciwko mnie siedzi teraz gigantyczna papryka. Unoszę wzrok, żeby zobaczyć wgniecenie, jakie wytworzyła w suficie swoim gargantuicznym psiankowatym cielskiem. W błyszczącej soczyście czerwieni odbija się miganie rozbitej lampy.
Brodzę przez gęsty, bulgoczący wywar w kierunku wyjścia, “niech pan się ratuje!”, krzyczę do właściciela, ale nie wiem, czy on mnie słyszy w tym armagedonie sosów i smażeniny.
Razem ze mną przez drzwi wylewa się fala paprykowej flegmy. W nagłej nocnej ciszy słyszę w końcu swój nierówny oddech, słyszę serce, które rozszalało się w najlepsze. Lipcowa północ otacza moje poparzone ramiona swoją opieką, a wyłączone światła nieruchomych aut zerkają na mnie z mroku. Cykady może by się odezwały, gdyby nie był to środek miasta, wyrżnięty z przyrody. Puste biurowce, puste, przestronne przejścia dla pieszych, nieużywane skrzyżowania. Jestem sama. Jestem sama.
Nierównym chodnikiem ruszam krok za krokiem na poparzonych nogach. Zimna, mokra od deszczu ławka z metalu i tablica z rozkładem nocnych busów. Pęka mi głowa – może od ciśnienia, może od rozbitych marzeń. Wykręcam pasek torebki, który przesiąknął rozwodnionym paprykarzem. Skupiam wzrok na tyle, żeby rozróżniać literki i cyfry, i odczytuję z rozkładu, że wszystkie dzisiejsze autobusy już odjechały. Zamawiam więc taxi.
– Fun night? – pyta kierowca, podczas gdy ja zaczynam odliczać drobne za przejazd.
– Aces – odpowiadam, mrużąc oczy od bólu i świateł samochodu. Metalowe monety są zimne w moich dłoniach.
Współczucie odbija się w jego migdałowych oczach.
– Well, TGIF – uśmiecha się, a z radia leci przyśpieszony popowy remix.
Mruczę coś niewyraźnie. Czuję się tak, jakby ktoś spalił mi trzewia, a pozostałe z nich zgliszcza dogasały sobie teraz dostojnie w głębinach mojego brzucha. Ze zmęczenia przymykam oczy.
Taksówkarz milczy taktownie, szanując mój desperacki półsen, a potem wysadza mnie pod kamienicą. Wszystko wygląda obco, chłodno i szaro. Kostki brukowe, tynk na ścianach, lampy wspinające się wysoko w nocne niebo. Wdrapanie się na 2. piętro wydaje się zajmować dłużej niż zwykle – mętne są schody, które rozwijają się pode mną w drodze do mieszkania, mętne są odmęty dziurki, w której błądzę kluczem i przepastne przestrzenie moich butów, które ściągam przy drzwiach.
Ostatkiem sił włączam telewizor, bo nie wytrzymam już w tej ciszy ani sekundy. Na ekranie, jak zbawienie, jak utracona arkadia, wyświetlają się zielone liście, powiewają delikatnie, spływają z nich makro krople wody. Trzeszczący głos lektorki przemawia do mnie, niesie się po tykającej ciszy mieszkania:
– Te soczyste liście wabią wszelkie gatunki zwierząt, pozostają one zielone przez cały rok. Jak widzimy, cały las wokół rośliny został już pożarty przez rozszalałą ferajnę, tego lasu już praktycznie nie ma. Pozostały jedynie suche badyle i ta samotna, liściasta piękność w samym ich centrum. Porastają ją stwardniałe kolce. Czy to w nich tkwi tajemnica jej wiecznej zieleni?
Masza, moja współlokatorka, mruży oczy w świetle płynącym z ekranu. Drobinki kurzu wirują w jego snopie.
– Co ty, znowu oglądasz ten kanał o liściach?
Ja sobie tylko dalej leżę, policzkiem na parkiecie w jodełkę.
– Oj – cmoka. Słyszę jej kroki. Szybki błysk lodówkowego światła. Potem chłód na ramionach.
– To jogurt – mówi Masza łagodnie. – Na sparzenia.
Ściera mi z grzywki kawałki paprykarza.
– Niestety nawet kolczaste formacje nie zniechęcają osobników o wyjątkowo grubych językach. Prześlizgują się pomiędzy ochronnymi wypustkami rośliny i zaczynają pałaszować. Ich grube jęzory krwawią…
– Nie siedź za długo, co? – pyta, ale pytanie leci w eter, a ja leżę dalej, bo w szparach między deseczkami podłogi wyczuwam swoich pobratymców. Masza znika za drzwiami, nienaruszona, oddzielona od mojej porażki swoim satynowym szlafrokiem i warstwą retinolu wtartą w twarz z nabożeństwem.
– … kęs za kęsem, roślina zostaje pożarta. Z każdym ugryzieniem drapieżnych ust, sawanna pogrąża się w coraz bardziej przejmującej pustce. Zapada noc, zwierzęta idą w tany, grają na skrzypkach, po czym zasypiają zmęczone, rozparte wygodnie na skałach. Z kolei okaleczona roślina blednie i okrywa się liścmi, które jej pozostały. Próbuje wykonać ostatnią fotosyntezę, ale, co za szkoda, zauważcie, drodzy telewidzowie, na jej świecie nie ma już żadnego światła.
Nina Sikorska – urodzona w 2001 roku w Bielsku-Białej, obecnie studiuje na piątym roku na kierunku Animacja na Uniwersytecie Artystycznym im. Magdaleny Abakanowicz w Poznaniu. Pisze, ilustruje i reżyseruje filmy animowane. Jej teksty ukazały się w kilku numerach magazynu Zakład, a ilustracje na łamach zina Girls and Queers to the Front oraz Po Godzinach. W 2025 była częścią rezydencyjnego projektu literackiego Lines from Visegrád. W swojej twórczości eksploruje zagadnienia kampu, polskości i teatralności. Można ją znaleźć na Instagramie na koncie @nelsikoreska.