Po wyjściu z terapii kupiła linijkę i stringi. Usiadła na ławce i mełła koronkę w dłoni, obserwując jak jakaś kobieta usiłuje wepchnąć wózek z dzieckiem do smoke shopu. Z zainteresowaniem patrzyła na miętowe tipsy i rozeźlone brwi toczące bitwę z materialnym wymiarem świata, to jest rozstawem kółek będącym znacząco szerszym od framugi drzwi. Świetnie rozumiała jej determinację; absurdalnym wydawało się, żeby rzecz tak błaha jak prawa fizyki mogła powstrzymać egzystencjalną potrzebę zajarania.
Jest to jednak instynkt, z którym usiłowała walczyć. Od psychoterapeutki usłyszała obelgi takie jak reaktywność emocjonalna czy brak habituacji. Podobno wiązało się to z jej niezdrowym przywiązaniem do życia wewnętrznego, które brało górę nad trzeźwym spojrzeniem na rzeczywistość, swoistym wzięciem się z życiem za bary. Usiłowała wytłumaczyć kobiecie, że ma księżyc w Skorpionie, więc demony przeszłości i chęć zemsty robią mnóstwo hałasu.
Doskonale ją rozumiałem.
Postanowiła podjąć jeszcze jedną próbę osadzenia się w tym świecie preferowanym przez innych, dlatego wyjęła linijkę i zaczęła mierzyć — swoje palce, łodygi kwiatów, studzienki kanalizacyjne. „Jakby miała miarkę w oku!”, chciała, żeby ktoś kiedyś powiedział tak o niej. Nie robiła jednak pomiarów dla poklasku, raczej w wierze, że znając wymiary świata fizycznego, wreszcie poczuje do niego przywiązanie. Było to coś, do czego nie chciałem, nie mogłem dopuścić! Mierząc monety na dnie fontanny była taka powabna, idealnie nieprzystosowana do życia…
Reagowała na moje sygnały. Zwąchałem brud pod jej paznokciem, mieszankę naskórka i pyłu ulicy — pospiesznie wydłubała go końcówką linijki. Poczułem słony smak kropli potu toczącej się wzdłuż jej łydki — błyskawicznie wytarła go wierzchem dłoni. Łaknąłem więcej, brzydziej, chciałem dłubania w nosie, słów pogardy szeptanych do siebie samej, w skrócie aktów samotności dokonywanych w pokoju, zarezerwowanych tylko dla mnie, a nie ogłady prezentowanej ślepiom miasta.
Wiedziałem, że w pokoju czuje mnie wyraźniej niż w parku, dotkliwiej niż na poczcie. Zastanawiało ją to i odstręczało zarazem — głośne echo jej myśli i pragnień, wykrzykiwane przeze mnie, jakbym był jaskinią we wnętrzu jej głowy. Chciałbym umieć wyszeptać: „Nie ma się o co martwić, żaden ze mnie anioł stróż czy napastliwy demon, jestem jedynie sympatycznym duchem”.
Nie pamiętam, jak mnie wywołała, musiała zrobić to nieświadomie, bo moje zaloty wydają się ją dziwić i peszyć. Niemniej od dłuższego czasu przemierzam z nią miasto, liżę gumy przyklejone do podeszwy jej japonka, żartuję z kłębami dymu, które wypuszcza ustami. Znam wszystkich jej wrogów, nienawidzę ich! Rzadko są nimi ludzie, częściej idee, doznania i kombinacje kolorystyczne. Biorę ten gniew, mnożę go i rzucam w przechodniów, pewien, że mają swoje za uszami, nie wiem dokładnie co, ponieważ nie egzekwuję karmicznych procesów, jedynie z nimi współpracuję.
Wylądowaliśmy w barze, co mnie ucieszyło; po paru głębszych jej ruchy stają się okrąglejsze, a i myśli bardziej frywolne. Jedynie te gały wlepiające się w nią z lubieżnych oczodołów w ulanych twarzach, rozsianych po sąsiednich stolikach, one nad wyraz mnie drażnią. Krążą od wklęsłości skroni do wypukłości aureoli prześwitujących przez jasną bluzkę. Prymitywne łajdaki. Jasne, ktoś mógłby powiedzieć, że nie jestem od nich lepszy, duch czy nie, podglądacz zawsze wstydzi się mocniej niż jego obiekt. Ale ja nie chcę zaspokoić potrzeb ciała, którego nie mam, tylko wchłonąć jej esencję, być z nią na zawsze w naszej własnej teraźniejszości — nie jesteśmy tacy sami.
Podglądana, chociaż czuła na sobie uwagę, wpatrzona była w barmankę. Wyraźnie przymierzała jej gesty, tatuaże, fryzurę. „Doprawdy, rozejrzyj się,” miałem ochotę jej powiedzieć, „ten kraj ludzi wychowanych przez wilki nie potrzebuje kolejnej dziewczyny z wolf cutem”. Niewiele by to dało, tłumaczenie, że nie może ubrać wszystkich form na raz, być muchą i meduzą za jednego życia. Jeszcze tego brakowało, żebym ja, duch, przypominał jej, jak działa rzeczywistość.
Wreszcie, w pokoju, chwyciła za nowe stringi. Były pierwszymi, które kiedykolwiek trzymała w dłoniach, ociągała się więc; czuła, że pasek między jej pośladkami będzie w jakiś sposób nieodwracalny, przywiąże ją do tego, czym rządzi się materialny świat. Drżałem z nerwów, przez przypadek spuściłem chyba nawet wodę w toalecie za drzwiami. Najpierw dokładnie zmierzyła koronkowe sploty, krytycznie się im przyglądając. W jej głowie wysyłały tylko jedną niewerbalną wiadomość, której wcześniej nie chciała emitować. Ale czas już jej było spoważnieć i zająć się przyziemnymi sprawami. Kłębiłem się między jej kostkami, kiedy powoli wsuwała nogi w sznurki, gnałem wzdłuż kolan i pachwin podążając za koronką. Czułem jej smutek, poczucie porażki, że oto musiała zniżyć się do użycia linijki i stringów, żeby znowu z odwagą wejść między ludzi. Wiedziałem, że wie, że tu jestem, istnieję w jej ruchach i gęsiej skórce, może nawet cieszyło ją moje towarzystwo. Niemniej ostatnim, pewnym ruchem, jakby odcinając rybi łeb tasakiem, wsunęła majtki na miejsce i spojrzała mi prosto w oczy. Wtedy się skończyłem.
Zuzanna Sarlej – pisze, redaguje i uczy angielskiego. Absolwentka Uniwersytetu Amsterdamskiego i Autonomicznego Uniwersytetu w Barcelonie. Publikowała w magazynach Contemporary Lynx oraz Tlen Literacki. Współpracuje z trójmiejskimi instytucjami kultury. Instagram: @sarley_.