19 czerwca 2022

Precel
Aleksandra Tarnowska

Wersja audio

 

Chyba potrzebował poprawić sobie humor, bo rzucił mnie na trawę i całował. Choć ławica ludzi przepływała obok nas, wykręcała szyje i tułowia, obrzucała gniewnym, zniesmaczonym, zażenowanym, rozbawionym spojrzeniem. Leżeliśmy, zapatrzeni w siebie, choć trzyletni dorobek małżeńskiego szczęścia krążył wokół nas, krzycząc jak mewa, nie wiedzieć z głodu czy z zazdrości. Choć było to jedno z najgorszych miejsc na obściskiwanki, pełne rozpalonych słońcem i czekaniem na prom głów, które zaraz mogły wykrzyczeć skierowaną na nas pogardę do świata, młodości i niespełniającej się miłości. Choć prom do dzielnicy Karsiyaka już wzywał nas, opieszałych, syreną.

 

Od morza wiał wiatr, pełen ryb i słonego zimna. Zaczątek jesiennej, chłodnej nocy. Nie chciało mi się biec, ale mój mąż wstał i otrzepał zielone od trawy kolana. Nie podał mi ręki, za to oplótł palcami pulchne przedramię naszego synka. Pochylił się i wyszeptał dziecku do ucha coś, co, sama nie wiem dlaczego, napełniło mnie niepokojem, przecież nic nie usłyszałam. Widziałam tylko rozbawiony wzrok męża i jego wargi, wciąż jeszcze czerwone pamięcią publicznych pocałunków, na które nigdy, kategorycznie-odmawiam-nie-bo-nie, nie zgadzał się, nawet podczas weselnego gorzko-gorzko. Było w nich coś strasznego, w kolorze, ruchu, niezrozumiałym szepcie, coś nieuniknionego, niespodziewanego. 

 

W końcu wyprostował się, już teraz z synkiem w ramionach. 

 

– Pa pa! – Pomachał jego rączką. I rzucił się do ucieczki.  

  

Biegłam za nimi jak szalona. Tą mocą w nogach, którą, jak czytałam w gazetach, napędzane są matki ratujące swoje dzieci z łap niedźwiedzia, spod rozwalonego w wypadku samochodu, z silnego oceanicznego wiru. Byłam naprawdę blisko, choć zatoczyłam się jeszcze, ściśnięta w brzuchu przez biletowe bramki, które nie chciały się kręcić w tempie, jakiego teraz potrzebowałam.  Męża z dzieckiem przepuścili jeszcze przed niezadowolonym tłumem. Mnie zatrzymali, choć stopą już wyskakiwałam na odbijający się od portu trap. 

 

Prom odpłynął beze mnie w morze pełne tonącego słońca. Wróciłam do tablicy przyjazdów i odjazdów, przypłynięć i odpłynięć, czegokolwiek, co dotyczyło kolejnego promu. Ile mogłam tu czekać? Dziesięć, dwadzieścia, trzydzieści minut? I potem jeszcze wejście na trap, podróż przez pomarszczone morze i rozglądanie się po wąskim labiryncie ulic, gorszym niż wąskie korytarzyki w sklepie, bo bez przesmyków między kamienicami, którymi udałoby się przebiec na inny dział, raz dwa trzy, od mięsa do pieczywa, raz dwa trzy, od bułek do szamponów. 

 

Izmir wciągał w wąską ulicę, otaczał wielkimi budynkami, ścianami wąwozu, i nie pozwalał wyjść, aż nie doszłaś, doszłaś, doszłaś, kurwa, do tego końca, którego z początku nawet nie widziałaś.

 

Jak miałam ich tu znaleźć?

 

W Izmirze, mieście, które było z moim mężem od dzieciństwa, a ze mną dopiero od pięciu lat. Ale ze mną Izmir żył bez miłości, bez wzajemnego wyczucia, a jedynie z poczuciem, że rozstanie będzie bezbolesne, kiedy nadejdzie czas.

 

Następny prom miał być za dwadzieścia minut. Słońce zostawiało już tylko czerwony pasek nad wodą. Prom czernił się małą, kwadratową plamką. W ślad za nim leciały mewy. 

 

Mąż pewnie kupił młodemu precla, żeby rzucał, żeby mewy chwytały kawałki puchatej bułki w locie, wyławiały z wody, żeby precle pęczniały później w brzuchach i gniły, gniły, gniły, aż ptaki pochorują się i zdechną. 

 

Mąż nie cierpiał mew. Kiedyś, na szkolnej wycieczce, narobiły mu na głowę. Biała maź spłynęła po włosach, na czoło, na nos, dotknęła górnej wargi i zagłębiła się w ustach. Klasa wypominała mu tę historię do końca szkoły, a on chyba miał zamiar nie wypuścić jej ze swojej głowy aż do śmierci, przynajmniej wspominał o niej zawsze, kiedy tylko jakiś ptak zaskrzeczał nad naszymi głowami. Jakby nie lepiej byłoby zapomnieć.

 

Jego pocałunek był jak precel. 

 

Aleksandra Tarnowska (ur. 1990) – absolwentka filologii polskiej UW. Swoje opowiadania publikowała między innymi w Malkontentach, Drobiazgach i Epei. Od całkiem niedawna zachwyca się teatrem radiowym i dobrą książką na stronie: http://www.facebook.com/cyfroweslowka.