19 lipca 2026

Rave’owe buciki (na motywach “Czerwonych Bucików” Hansa Christiana Andersena)
Nina Sikorska

Wersja audio

 

Karusia zatrzymuje się na pasach dla pieszych. Coś błyszczy się w słońcu, na sklepowej wystawie. Na białym podeście stoi para czerwonych lakierek. Karusia nie ma dużo pieniędzy, na komórce mnożą się jej komunikaty z blika: mniej, mniej  i mniej na koncie. Jednak nie jest w stanie oderwać wzroku od karminowych obcasików i kwadratowych nosków. Po chwili wychodzi ze sklepu obuwniczego Flores i, postukując, mija trzepaki, śmietniki, przemierza chodniki, trawniki, desire paths, zostawiając dziury tam, gdzie obcas spotkał się  z ziemią lub betonem. 

 

– Już po siedemnastej – słyszy od progu. Jej matka siedzi przy stole w prostokątnych okularach i szarym bezrękawniku z golfem mimo upału, sprawdzając kartkówki z 7 darów Ducha Świętego. – Spóźnimy się. 

 

Jest czerwiec, a więc równo o szóstej rozpoczyna się msza z nabożeństwem ku czci Najświętszego Serca Pana Jezusa. W lipcu czekają ją te do Krwi Jezusa, w sierpniu obchody Matki Boskiej Zielnej, Karusia zna to na pamięć. 

 

– Mama, jest czas przecież, zjem tylko i możemy wychodzić. 

– Co to ma być? – pyta matka, oczy kierując na stopy Karusi, obcasy zatapiające się w wykładzinę. Jej długopis zawisł nad kartką – pustą, za wyjątkiem imienia  i nazwiska ucznia oraz bazgroła przypominającego krucyfiks. 

– No, to są buty tylko – mamrocze Karusia, nakładając sobie kotleta, ziemniaki  i buraki z półmisków poprzykrywanych folią aluminiową. – Nowe – odkrztusza – znaczy z przeceny, z lumpeksu nawet. 

– I gdzie ty w tym będziesz chodzić – takie rozchełstane, całe śródstopie na wierzchu! Co by w kościele powiedzieli! Ani nie chcę o tym myśleć, przebierz je  i bez dyskusji. 

– Ale mama przecież… 

 

Ale ona unosi blade ramię wystające z szarego golfa i Karusia wie, że to oznacza koniec tematu, że teraz to może sobie najwyżej pomstować w duchu, wymieszać ziemniaki z burakami na jasnoróżową papkę, tak jak to robiły panie w przedszkolu, że może domieszać też do tej brei mięso, tak żeby wszystko stało się razem niejadalne, w geście protestu, bo ma dość takiej rzeczywistości, czuje, że popierdoli ją, jeśli jeszcze jedno popołudnie przesiedzi w tej kuchni bez światła ani koloru na ścianach, za to w dziurawych papciach, i będzie słuchać jak tyka zegar, kiedy w jej duszy wybuchają fajerwerki wściekłości, dzisiaj szczególnie kolorowe od chęci rozszarpania szarego, matczynego golfa gołymi pazurami, których nawet nie wolno jej pomalować bezbarwnym lakierem. 

 

Zamiast tego zostawia nietkniętego mielonego na górze z ziemniaków pływających w złotym tłuszczu, stertę kartkówek, figurę matki skąpaną w cieniu, wchodzi do swojego pokoju i ściąga buty, zostając w samych skarpetkach we wzorek ze smiley face. Na języku rozpuszcza sobie listek LSD, które trzyma na zapas w pudełku z biedronką. Potem gra w przeprowadzanie czerwonej piłeczki przez labirynt na komórce, aż matka woła ją z sieni. Przygładza czarną spódnicę z drapiącej tkaniny  i każe wręczyć sobie lakierki, które wrzuca do zsypu, kiedy czekają na windę.  

 

W ciszy idą chodnikiem, mijają stateczne matrony o dłoniach zaplecionych pod biustami, kwitnie bez i po chwili zaczyna się msza, mienią się kielichy, uniesione dłonie, opłatki. Karusia nie słucha jednak litanii, jej dłonie leżą bezwiednie na ciemnym drewnie ławki. Nie może oderwać wzroku od witraży, przez które prześwieca czerwcowe słońce. Karusia nie jest pewna, czy to promienie, czy magia, ale mogłaby przysiąc, że wszyscy archaniołowie i archanielice tańczą specjalnie dla niej, że ruszają dziko kończynami w rytm nakładających się na siebie chóralnych pieśni. Że śmieją się do niej zębami równymi, choć zakończonymi nieco ostro. Przeciera oczy, żeby upewnić się, że dobrze widzi – ale tak – na ich świętych stopach fluoryzują czerwone lakierki.  

 

Karusia słyszy na zmianę ,,Serce Jezusa” i ,,Baranku Boży” – prawdziwy modlitewny remix – a w międzyczasie wszyscy aniołowie schodzą z witraży, tłoczą się wokół bocznej nawy i znikają za aksamitną kotarą.  

 

– Słabo mi, mama – szepcze do matki Karusia. 

– Dziecko, co ty, jesteś biała jak prześcieradło, jak jakaś pusta kartka – odszeptuje matka oskarżycielsko. – Jezus na ciebie patrzy. 

– No tak, ale co robić, kiedy mi słabo, mam chyba chorobę… Mam wiele chorób… 

– Co ty znowu wygadujesz? 

– Powietrza, muszę wyjść na chwilę – mówi Karusia i zakrywa usta ręką, symulując mdłości.

 

Wtedy matka odsuwa się jak oparzona, bo takiego skandalu by nie zniosła – wymiocin córki na konsekrowanej posadzce. Karusia ogląda się przez ramię, żeby sprawdzić, czy matka ponownie utkwiła wzrok w ołtarzu, i kieruje się do kaplicy, do której udali się aniołowie. Nie rozczarowuje się – w jej zacisznej przestrzeni, zaraz obok kwiatów i świeczek z intencją po pięć złotych sztuka, stoi para czerwonych bucików.  

 

 – Weź je, Karusiu – mówi do niej jeden z aniołów. – Tak smutno było nam patrzeć, jak twoje nowe buty szybują w dół rurą zsypu i lądują na stercie gnijących pluszaków i gałek od kaloryferów. Uratowaliśmy je dla ciebie – spójrz, jakie to piękne obcasy, jakie twarzowe mają noski. Załóż je i zatańcz z nami, zasłużyłaś na to. 

 

Karusia nie pamięta, kiedy ostatnio była tak szczęśliwa. Buty zdają się mruczeć wokół jej kostek jak słodkie kotki, które widuje się na memach. Pasują idealnie i niosą ją w przestrzeń, transformując całe jej ciało, tak zwykle spięte, niechętne, zamknięte. Teraz jej łopatki rozluźniają się, a klatka piersiowa rozkwita w stronę świata, nagle Karusia ma mu wiele do zaoferowania. Ni stąd, ni zowąd czuje się piękna i wie, że świat uważa ją za piękną, mimo ohydnej, brązowej bluzki, którą kazała jej włożyć matka. Ta bluzka nie jest jednak ważna, staje się nagle przezroczysta, wyrastają na niej cekiny i wielkie, haftowane róże. Aniołowie kręcą biodrami, Karusia wsuwa sobie pod język ectasy, które nosi czasem w kieszeni,  a witraże pulsują w rytm słońca, które też kocha Karusię – a ona kocha słońce. Musi wyjść na zewnątrz, aby połączyć się z jego promykami – może promyki też mają ochotę na taniec, w końcu nie ma na świecie istot szybszych i bardziej gibkich niż właśnie one. Mocno bije serce Karusi, od upału, od szaleńczego wysiłku, od pięknych twarzy anielskich, w których dziewczyna zdążyła się już zakochać, bo nigdy nie widziała ani na ulicy, ani w szkole tak regularnych rysów, takich układów kości i włosów, takich błysków w oczach. Niesie ją trawa, niesie ją chodnik, jedno osiedle ze swoimi warzywniakami i kioskami, kolejne, potem jeszcze jedno. Patrzy na blokowiska i marzy o tym, by nigdy się już nie zatrzymywać, bo przerwa to byłby dla niej koniec, zamarzłaby, rozsypując się na kawałki.  

 

Równocześnie jednak jakiś cichy głos podpowiada, że jej ciało jest na granicy wyczerpania, że jeszcze chwila i zatrzymają się funkcje życiowe, jeszcze chwila, a Karusia umrze. Takie zdania formują się w jej głowie i choć nie wypowiada ich na głos, anioły wszystkiego się dowiadują, bowiem potrafią one czytać w myślach. 

 

– Och, Karusiu, czym jest śmierć, przecież to nic strasznego, nic straszniejszego od twojego życia, od wegetowania pod kluczem, od czekania aż matka pójdzie do znajomej katechetki na piątym piętrze, żeby móc odetchnąć i pomalować oczy czarną kredką; od tego, że każdy twój ruch jest nie taki, a każda myśl zasługuje na karę. Wszystko jest lepsze od Prince Pola schowanego pod poduszką w wielki post  i zjedzonego pod kołdrą, żeby nie słychać było chrupania; od spotkań do bierzmowania, na których omawialiście randki i ksiądz powiedział, że kobiety muszą pamiętać, że bóg dał im dwoje uszu, a tylko jedne usta nie bez powodu – żeby więcej słuchać i mniej mówić, pamiętasz? A matka przytaknęła na to, kiedy wróciłaś do domu i wszystko jej opowiedziałaś. Każdy twój pocałunek naznaczony był piekłem – chłopak ze szkoły, dziewczyna, którą poznałaś na wycieczce do muzeum w Dąbrowie Górniczej… Od tego wszystkiego uwierzyłaś, że nie zasługujesz na radość, że nie zasługujesz, żeby ktoś cię kochał, prawda? Więc sama powiedz, Karusiu. – Anioł obraca się z gracją, z rękami ułożonymi w łuk, a pęd powietrza rozwiewa jego połyskujące szaty. – Czy śmierć nie byłaby w tym wypadku piękna? Czy nie byłoby pięknie umrzeć w twoich pięknie czerwonych butach, wśród pięknych twarzy, właśnie tu, nad rzeką i w promieniach słońca? 

– Pięknie – szepcze Karusia, wpatrując się w wodę zanieczyszczoną odpadami z fabryk, w której pływają liście i nieliczne, silne ryby. – Umrzeć sobie w pełnym rozkwicie. 

– Więc tańcz dalej, Karusiu, podnoś kurz z tej sztucznej ziemi i ze sztucznego świata, który nic ci nie oferuje, jedynie smutek, jedynie bezbarwność i ukłucie niepokoju, które waży więcej niż twoje serce – mówi anielica.  

 

Karusia wiruje więc dalej, trochę szybciej niż wcześniej, czuje, że staje się tak dzika, jak otaczające ją, niewypielęgnowane krzaki. Nie zauważa nadrzecznego szlamu, który rozciągnął się plamą wzdłuż brzegu. Obcasy ślizgają się, a dziewczyna wymachuje rękami w desperacji, próbując złapać się wijącego się wokół sitowia. Rozlega się plusk – ciało Karusi uderza w taflę. Z nóg zsuwają się jej ukochane lakierki. Jak dwa czerwone akcenty, płyną obok niej. Woda zniekształca obraz jej ciała, niektóre części powiększając, inne zmniejszając, i przesuwając nieregularnie wobec całości. Wokół bioder topi się tweed spódnicy i marcepan, który Karusia ukrywała w kieszeni.  

 

Natomiast aniołowie, stojący po obu stronach rzeki, zgodnie stwierdzają, że Karusia prezentuje się pięknie, pod wodą. Że właściwie przypomina teraz najpiękniejszy witraż, jaki kiedykolwiek widzieli. Taki, którego nie powstydziłyby się kaplice  w Krakowie, a nawet, dlaczego nie, w samej Francji.

 

Nina Sikorska – urodzona w 2001 roku w Bielsku-Białej, absolwentka kierunku Animacja na Uniwersytecie Artystycznym im. Magdaleny Abakanowicz w Poznaniu. Pisze, ilustruje i reżyseruje filmy animowane. Jej teksty ukazały się w kilku numerach magazynu Zakład i Składka, a ilustracje na łamach zina Girls and Queers to the Front oraz Po Godzinach. W swojej twórczości eksploruje zagadnienia kampu, cyber-baśni, polskości i teatralności. Można ją znaleźć na Instagramie na koncie @nelsikoreska.