Jeśli o mnie chodzi, oficjalnie nie mam imienia. Każdy z moich przyjaciół wymyśla dla mnie własne, a nieznajomym przedstawiam się zwykle jako nowostworek. Creatura nova. Taka nazwa gatunkowa.
Dosyć niedawno zamieszkałem w całkiem ciepłym i przytulnym, choć ciasnym mieszkaniu. Jeszcze się tu urządzam. Znajduję ulubionym przedmiotom nowe miejsca, krzątam się i przestawiam szklane słoiki w kuchni. Przyjemnie wtedy brzęczą. W tym roztargnieniu czasami stłucze się jeden czy dwa, ale to nic. Nieważne.
Najważniejszym punktem tego domu jest moja szafa. Wypełnia sobą cały duży pokój i muszę mocno wciągać brzuch, żeby przecisnąć się między nią a ścianą. Jest też bardzo piękna, solidnie wykonana, pojemna. Czuję z niej dziwną dumę. Jest w mojej rodzinie od pokoleń.
Nieraz wyciągam coś z szafy. Coś mieni się jak światło przepuszczone przez kolorowe szkiełka, salon zalewa ciepły zapach waniliowych cukierków. Przechodzą mnie miłe dreszcze.
Czasami coś pachnie cierpko, gorzko, smakuje jak popsute pomarańcze, odbija się od otoczenia gardłowymi dźwiękami i zastyga w niewygodnych pozycjach. Wtedy nie umiem się powstrzymać i, choć uwielbiam tę szafę, narzekam na to duszące coś, które z niej wydobyłem.
Narzekanie to taka duża kluska, która utknęła w przełyku. Złoszczę się, że umiem go po prostu połknąć.
Innym razem wyciągam coś piskliwego, cienkiego, niepokojąco głośnego, co wypełnia cały pokój iskierkami zmartwienia. Jak umyte pośpiesznie pranie, iskierki bezładnie wieszają się na krawędziach moich myśli. Nieprzyjemne dźwięki sprawiają uszom ból.
Bardzo boli, a ja mam dosyć tego wszystkiego. Tak bardzo chciałbym, żeby ktoś poszedł sobie z mojego domu gdzieś bardzo daleko, nie wrócił już nigdy, zatrzasnął drzwi. Chcę kogoś wyprosić. Ktoś musi stąd pilnie odejść, inaczej nigdy nie poczuję się tutaj jak u siebie.
Wyciągam z szafy coś delikatnie kłującego w palce. Boli, piecze, jest lekkie. Nie ma prawie żadnego ciężaru. Dochodzę do wniosku, że powinienem natychmiast odejść z mojego domu. Byle szybko, zanim zgasną iskierki.
Wychodzę pospiesznie, zostawiam w kuchni kolekcję słoików, tłukę jeden czy dwa – na pożegnanie, albo z roztargnienia. Szafę zawsze ciągnę ze sobą.
Wracając, jeśli o nowostworki chodzi, nasze życie naszego gatunku wygląda jak bycie dzieckiem, które właśnie nauczyło się chodzić i od razu zapomina, jak się to robi. Albo jak bycie kijanką z ciągle rosnącymi kończynami. Po prostu istniejemy w wiecznym wzrastaniu, w zadomawianiu się, niedookreślonym miejscu między tym, co obce, a tym co znane.
Nowostworki pęcznieją, rozszerzają się jak mydlana bańka, pękają, i muszą jakoś zaistnieć na nowo. W ten sposób ktoś nas obmyślił, tak już mamy. Opuściłem nieskończoność domów i byłem zupełnie innym stworkiem. A teraz jestem tu, w moim dosyć ciepłym, choć ciasnym mieszkaniu.
Daria Chmielewska – urodziła się w 2001 roku w Olsztynie. Studentka II stopnia filologii angielskiej na Uniwersytecie Warszawskim. Publikowała w Szajn i Drobiazgach, uczestniczyła w olsztyńskich slamach poetyckich, wyróżniona w IX edycji konkursu O Trzcinę Kortowa. W wolnym czasie pisze pamiętnik.