– Znad morza wieje zimny prąd, już wkrótce będzie on odczuwalny w całej Polsce – mówi pogodynka z małego telewizora stojącego w kącie baru. Za nią rozpikselowana mapka z licznymi czerwonymi strzałkami. – Jednak nie martwcie się, drodzy telewidzowie, już w środę czekają nas przejaśnienia, tak więc gorąco zachęcam do biwaków lub chociaż sąsiedzkich grillów.
Astrid wyciera ladę i przyjmuje dwa zamówienia na średnio ostre skrzydełka, sosy mieszane.
– Przysięgam, że to była ona – mówi Sofiya, zatrzymując się w pół drogi do stolika, podbródkiem wskazuje na telewizor, w dłoniach ma cole i szklanki. – Te same perłowe powieki, żakiet z wypchanymi ramionami i kabaretki!
– Skoro tak mówisz. – Astrid wzrusza ramionami, udając obojętność. Na lekko wilgotnym blacie rozkłada łamigłówki i zaczyna łączyć kropki.
– Może dzisiaj też przyjdzie – ciągnie Sofiya, ustawiając butelki na stoliku.
Astrid łączy kropki w kształt kanciastego krokodyla, kolejne układają się w marynarską czapkę.
– Ja spróbowałabym do niej zagadać, na twoim miejscu. – Sofiya staje bezpośrednio przed Astrid. – Inaczej nigdy nie przestaniesz tego oglądać, tylko ta pogoda i pogoda, wszędzie niż atmosferyczny, a w śląskim powietrzu groźne dla płuc kopalniane pyły. A ja chciałabym w końcu obejrzeć Ptaki ciernistych krzewów lub chociaż coś o prawnikach, gdzie akcja dzieje się w Warszawie, przystojni mężczyźni wydają się głodni pieniędzy i władzy, ale ostatecznie okazują się tylko głodni miłości!
Astrid rzuca jej szybkie spojrzenie, kręcąc głową.
– To chyba już wolę, żeby telewizor był wyłączony – mówi i rzuca ostatnie, ukradkowe spojrzenie na pogodynkę. Ekran śnieży chwilę, po czym czernieje. Astrid odkłada pilota na serwetę zdobiącą kontuar. Za oknem wieje wiatr znad Suwałk.
Może i Astrid fantazjuje czasem na temat Madame Burzy (tak ją nazwała roboczo, bo prawdziwe nazwisko brzmiało zbyt pospolicie). Odtwarza w głowie tempo kroków, którym ona leniwie przemierza trasę z jednej strony mapy na drugą. Linię jej ciała w zielonym żakiecie. Potem jej wyobraźnia robi lekki skip do sennego niedzielnego popołudnia, pokoju wypełnionego różowym światłem, gdzie wspólnie jedzą sobie oliwki z deski serów, po obu stronach łóżka mają futrzane telefony stacjonarne i zapasowe tipsy, a u ich stóp leniwie kręcą się udomowione tygrysy.
Ale to tylko dzienne marzenia, które osładzają Astrid monotonię grafiku i odwracają uwagę od ostrego zapachu smażeniny, którym przesiąknięte są jej ubrania.
– Mogę dodatkowy ketchup do tych skrzydełek? – pyta kobieta z kucykiem na czubku głowy, z jej koszulki sprana Myszka Minnie rzuca Astrid umęczone spojrzenie.
Astrid wyciąga spod lady koszyk z jednorazowymi sosami, kobieta bierze jeden i wraca do stolika. Przed Chicken Palace ustawiony jest mechaniczny samochód z twarzą Elvisa na masce. Siedzi w nim smutna dziewczynka.
– Nie chcę, już nie chcę – woła niezadowolona, podczas gdy zabawkowe auto podryguje w nieregularnych spazmach.
– No, ale baw się – wzdycha stojąca nieopodal matka, przeglądając gazetkę Avonu.
– Ja chcę wylosować piłkę! – krzyczy dziewczynka, wskazując na pobliską ścianę automatów.
– Baw się, aż się skończy. Nie po to płaciłam, żebyś się miała nie bawić – mówi matka ze znużeniem.
Astrid wrzuca do frytkownicy świeżą partię ziemniaków.
– Będę rzygać! – ostrzega dziewczynka.
– Proszę, to dla ciebie – mówi nowy głos.
Astrid odwraca się błyskawicznie, na podłodze ląduje ćwiartka ziemniaka. Widzi jak dziewczynka milknie, odbiera z pięknej dłoni kauczukową piłeczkę, potem dzwoni dzwonek nad drzwiami i noga za nogą do Astrid zbliżają się niebieskie kabaretki, na obcasach namalowane są chmury, a włosy w niebotycznej trwałej okalają lśniącą od perłowych cieni twarz. Z radia płyną piosenki Anny Jantar.
– Poproszę zestaw „mega chicken, mega flavour”. Z frytkami – mówi Madame Burza, angielskie słowa wymawiając z nienagannym akcentem. W dłoni ma papierosa, mimo znaku zakazu, który widnieje zaraz obok kasy.
Sofiya, która właśnie ściągała pajęczynę z okna wychodzącego na plażę, tuż za plecami Madame Burzy, wytrzeszcza oczy i wywija dziko rękami. Astrid piorunuje ją wzrokiem.
– Te frytki to będą takie yyy… – Astrid patrzy szybko na menu za sobą – takie zwykłe czy łódeczki?
– Może łódeczki – uśmiecha się Madame Burza. – I może zjadłaby Pani ze mną?
Sofka krzyczy niemo „tak, tak, tak!”. Potem mija pogodynkę beztroskim krokiem i wbija na kasę kod na „mega chicken, mega flavour”.
– Ja podam – mówi, popychając Astrid w stronę wyjścia.
Wybierają stolik na zewnątrz, z widokiem na plażę. Skrzeczą mewy.
– To Pani, prawda? – pyta Madame Burza, zaciągając się krótko i strzepując popiół do metalowej popielniczki. – Ten list?
Astrid zalewa fala gorąca, bierze oddech, ale nie jest w stanie wydobyć odpowiednich słów.
– Przyznam, że zaskoczyła mnie Pani. – Spalone blond włosy okalają skupioną twarz Madame Burzy jak aureola. – Dostawałam już listy miłosne, ale nigdy tak ekstrawaganckie.
Jej warszawski akcent nadaje jej aktorskiego sznytu.
– Mój Boże. Tygrysy, deska serów? I zapasowe tipsy na stoliku nocnym…
– Jak się Pani dowiedziała? – Astrid wyciera spocone ręce w fartuch.
– Nie było to trudne – odpowiada beztrosko Burza. – Chyba nieczęsto wysyła Pani anonimy, prawda? Na przyszłość radzę nie używać nazwy lokalu, w którym się pracuje – uśmiecha się przelotnie.
– Myślałam, że The Chicken Palace to dość popularna nazwa – jąka się Astrid.
– Niech się Pani uspokoi. – Madame kładzie opierścionkowaną dłoń na ręce Astrid.
– Chciałam zaproponować, żeby towarzyszyła mi Pani na gali pogodynek dziś wieczorem.
Astrid unosi brwi.
– Myślałam, że raczej mnie Pani zwymyśla.
– Dlaczego miałabym to robić? – Burza opiera podbródek na ręce. – Ten list to jedna z ciekawszych rzeczy, jakie czytałam od miesięcy.
Madame sięga do torebki z wężowej skóry i przesuwa po blacie elegancki kartonik.
– Oto adres. A! – mówi, wstając i zabierając ze sobą kubełek kurczaka. – Liczę na śniadanie, takie, jak w Pani liście. Ma być sałatka jarzynowa i czerstwy chleb z makiem.
*
Astrid długo wygładza swoją sukienkę, właściwie ma tylko tą jedną i wcale jej się nie podoba, ale to jedyny element w jej garderobie ozdobiony cekinami – symbolem wyjątkowej okazji, którą bezapelacyjnie jest gala pogodynek. Włosy sterczą jak czarna chmura, pogłębiając optycznie cienie pod oczami. Ale to nie jest ważne, to nie jest ważne, powtarza sobie w taksówce, potem na chodniku przed budynkiem telewizji polskiej, wreszcie w holu, gdzie serwują koreczki i cienkie kieliszki z szampanem. To nie jest ważne, bo w drzwiach widzi Madame Burzę w złotych leginsach i gorsecie w gwiazdy, która rozpromienia się na jej widok, kładzie dłoń na talii Astrid i prowadzi ją wgłąb crème de la crème prezenterów i serialowych objawień.
Organizatorzy wydarzenia nie próżnowali, bo na gości czeka moc atrakcji – najpierw szukanie miniaturowych chmur z waty, które ukryte są w zakamarkach sali (na znalazców czekają nagrody pieniężne), potem konkurs recytowania nazw chmur (za cirrocumulusa Astrid wygrywa voucher na cienie do powiek), kalambury, podczas których znany serialowy amant w brawurowym stylu odgrywa pantomimę silnego, górskiego wiatru.
Nareszcie gwóźdź programu – wręczenie statuetki Pogodynki Roku. Nikt nie jest zdziwiony, że zdobywa ją właśnie Madame Burza, gromkie oklaski otaczają ją, kiedy wchodzi na scenę, światło reflektorów odbija się od jej złotych leginsów.
– Och, drodzy! – przemawia doniosłym głosem, balansując na wysokich platformach butów. – Tak miło mi przepowiadać dla was pogodę, mam nadzieję, że w nadchodzącym roku, będę mogła zapowiedzieć rekordową ilość dni słonecznych, dni po prostu pięknych – jej wzrok zatrzymuje się chwilę dłużej na Astrid.
Ich wspólne dni rzeczywiście są piękne, a miłość nabiera tempa. Burza żartobliwie cytuje fragmenty listu, od którego wszystko się zaczęło. Domaga się śniadań i miłosnych schadzek w czasie popołudniowych przerw w The Chicken Palace. Całują się przed budynkiem telewizji polskiej, a także w sopockich klubach, do których Burza zapraszana jest na darmowe drinki. Astrid podziwia zaskakującą kolekcję odblaskowych leginsów i krótkich kurtek z watowanymi ramionami, którymi dysponuje Burza. Wciąż co rano ogląda ją w telewizji, jak błądzi dłonią po mapie i wie, że uśmiechy, które posyła w stronę kamery, są tak naprawdę tylko dla niej. Kupują pluszowego tygrysa i kładą go w nogach łóżka. Astrid przed wyjściem zostawia na stole liściki, na przykład: Burzo, kup proszę kalafiora i jadalne kwiaty. Będę wieczorem. A. W niedziele czytają gazety, palą papierosy i przyklejają świeże tipsy. Czasem jadą na spacer do lasu, Astrid kopie w liście, a Burza przygląda się niebu i zapewnia, że nie będzie padać. Mimo to czasem łapie je mżawka, ale wtedy po prostu rozwieszają ubrania na balkonie i uprawiają seks na wersalce. Astrid zmienia nazwę baru na The Chicken Love Palace i powtarza zdezorientowanym klientom, że warto pisać listy miłosne. Kłócą się o to, jak zmieniać pościel – Astrid przewraca poszewki na lewo, a Burza woli wchodzić do ich wnętrza, dopasowując do siebie rogi kołdry. Frytki smażą się odtąd na złoto, a chmury układają się w miłe kształty, takie jak wiewiórki, kieliszki do martini oraz walentynkowe czekoladki. Płyną wolno, niesione nadmorskim prądem, a w tle podzwania cymbergaj.
Nina Sikorska – urodzona w 2001 roku w Bielsku-Białej, absolwentka kierunku Animacja na Uniwersytecie Artystycznym im. Magdaleny Abakanowicz w Poznaniu. Pisze, ilustruje i reżyseruje filmy animowane. Jej teksty ukazały się w kilku numerach magazynu Zakład i Składka oraz antologii Lines from Visegrad, a ilustracje na łamach zina Girls and Queers to the Front czy Tlenu literackiego. W swojej twórczości eksploruje zagadnienia kampu, cyber-baśni, polskości i teatralności. Można ją znaleźć na Instagramie na koncie: @nelsikoreska.