Kiedy myślę o niej, myślę o zapachu, który unosił się za nią, kiedy przechodziła obok, lub jaka piękna była, gdy mówiła do starego białego kota, który mieszkał na parterze. Ona – z piątego piętra, całe życie z piątego piętra tej samej kamienicy – nigdy nie miała kota, choć pamiętała, jak bardzo chciała go mieć, kiedy była dzieckiem. Później jednak przyszła dorosłość, mąż, rodzina, drobne gesty bez znaczenia i te drugie, ważniejsze, a czasem łatwo je pomylić, i przestała już myśleć o tym swoim dziecięcym marzeniu. W swojej głowie była osobą tak bardzo „bez kota”, że nie umiałaby chyba podjąć odpowiedzialności, jaka spływa na tego, kto nagle staje się osobą „z kotem”. Dlatego łatwiej jej było pozostać tą, za jaką uważała się przez całe życie – i w swoim kocim marzeniu ograniczała się tylko do zagadywania tego należącego do sąsiadki. Najpierw przemawiała do niego przy porannym spacerze po gazetę do kiosku i po dwie portugalskie lub marokańskie pomarańcze od pani z warzywniaka (obowiązkowo, od kiedy dziesięć lat wcześniej przestała palić, bo wtedy jeszcze wraz z gazetą kupowałaby też paczkę papierosów – ale przestawiła się na pomarańcze, które kosztowały ją tyle samo lub nawet mniej, a i płuca stały się przecież dużo zdrowsze). Później znów przy wieczornym wyjściu, takim tylko na chwilę, bez żadnej potrzeby, raczej z przyzwyczajenia, żeby wypełnić swój rytuał powrotu do domu skądś, nieważne skąd. Mówiła mu: cześć, mały (nie znała jego imienia), a on zeskakiwał z okna wychodzącego na dziedziniec i podchodził do niej, ocierając się o jej stopy. Nie mogła się do niego schylić, była już za stara. Patrzyła więc tylko swoimi małymi oczami w jego wielkie: człowiek otwierający się ku kotu, oczami do serca, sercem do oczu, wspólna zależność i jednocześnie zupełna przecież osobność. Tak, jakby między nią a kotem ziściła się nareszcie cała ta masa pragnień, które przez większość życia sprawiały, że nocą, zamiast spać, siadywała na balkonie i wypatrywała kogoś daleko pośród gwiazd. Teraz jednak minęło już tyle czasu, a ona po prostu była, i on po prostu był – oboje zbyt już starzy, by chcieć czegoś więcej, oboje pogodzeni, że tu zapewne umrą, on na parterze, ona na piątym piętrze, on przeżywszy leniwe życie białego kota, który nie musi nawet zawracać sobie głowy przynoszeniem nieszczęścia, ona, będąca pod koniec długiego życia, w którym po prostu kilka przypadków miało większe znaczenie niż inne. Ot, cała historia.
Nie znałam jej dobrze, ale to o niej myślałam, kiedy codziennie w południe z kościoła obok dobiegało bicie dzwonów, owijające okolicę niewidzialną nicią wspólnego słyszenia. Jeżeli byłam akurat w domu, przerywałam cokolwiek tylko robiłam, i stałam tak, czekając, aż ucichną. O niej też czasem myślałam, kiedy myłam naczynia i ciepła woda spływała po moich dłoniach. Przyglądałam się im, zastygła nagle w dziwnym odrętwieniu – szczególnie, kiedy pośród tego wszystkiego nagle odważałam się pomyśleć o tobie. Jak od niej myśli prowadziły mnie do ciebie, tego nie wiem. Być może w pewnym okresie życia wszystkie myśli musiały ostatecznie prowadzić mnie do ciebie, i, naturalnie, wybierały najróżniejsze szlaki. Grunt, że moje palce robiły się w końcu szorstkie od wody i wyżłobione wilgocią, jak skóra suszonych śliwek. Lub jakby należały do kogoś już bardzo starego. Zakręcałam kran i myślałam o tym, że wyglądają jak fale na morzu. Potem marszczyłam brwi, bo przypominał mi się dzień, kiedy po raz pierwszy zobaczyłam ocean i jak wtedy zdziwiłam się, że tak inne są jego wody od tych Bałtyku. Marszczyłam brwi nie z ponownego zdziwienia tymi falami, tylko z powodu zaskoczenia własnymi myślami, znów prowadzącymi mnie do tamtych dni portugalskiego słońca, kiedy ostatniego dnia naszej podróży wyruszyłam sama na brzeg, tuż koło portu: siedem i pół kilometra w jedną stronę i siedem i pół kilometra z powrotem. Marszczyłam je, zapewne, by się nie rozpłakać – bo zdziwienie jest dużo łatwiejsze do zniesienia niż smutek.
Czasem mijałam ją, kiedy szłam do domu po całym dniu albo z zakupów, albo skądkolwiek akurat przyszło mi wracać. Stała na dziedzińcu, w tej jedynej plamie słońca, jaka padała w ciągu dnia na jego bruk, z białym kotem plączącym się gdzieś między nogami. Stała, zawieszona pomiędzy pragnieniem dotknięcia kota a ograniczeniami swojego skrzypiącego ciała, z ciszą skapującą z wolna z jej rzęs, jak miód. Uśmiechałam się wtedy do niej, słodko i różanie, jakbym nieznacznie muskała jej policzek, wszystko, aby nie przerywać tego jej milczenia – a ona podnosiła dłoń i kiwała nią lekko w moją stronę, rozchylając tajemniczo usta. W tych rzadkich chwilach jej twarz stawała się bardziej młodzieńcza. Dlaczego ten jej gest – tak prosty, ale zarazem tak czuły i zarezerwowany jakby tylko dla mnie – przypominał mi, znów, o tobie, i o tym, jak modliliśmy się razem w kościołach do dobrej Matki Boga, tego także nie wiem. (Albo to ja się modliłam, a ty po prostu siedziałeś obok, to też jest możliwe). Ale myślę, że ona mogłaby odpowiedzieć nam takim właśnie gestem. Nie wiem też, dlaczego jej oczy zdawały się wtedy westchnieniem mówić mi: oj, dziecko, drogie dziecko…, a ja istotnie stawałam się dzieckiem, któremu wydaje się, że coś wie, kiedy prawdą jest, że nie wie zupełnie nic. I samym swoim spojrzeniem sprawiała, że coś we mnie kruszyło się jak fragmenty biało-niebieskiej mozaiki – i wybaczałam sobie twoje odejście. (Ale to też nie jest tak, bo choć to ty spakowałeś swoje rzeczy do jednej walizki, nie ja, i wyszedłeś w noc, to przecież kto odszedł od kogo, a kto był pozostawiony, tego nie byłam już wcale pewna).
Kiedyś mi się przyśniła. Nie byłoby to niczym wyjątkowym, gdyby nie fakt, że jej skóra lśniła jak sierść białego kota. We śnie mówiła coś do mnie, ale nie udało mi się usłyszeć, co to było, choć tak się starałam. Potem, zorientowawszy się, że jej nie słyszę, zaczęła dotykać mnie swoimi palcami, jakby chciała mi coś przekazać – coś, co zrozumieć mogłam tylko poprzez ciało, a właściwie poprzez zewnętrzny ruch w wewnętrznym ciele. Muskała najpierw, płynnie i precyzyjnie, moją twarz, potem uszy, piersi, brzuch, uda – kręcąc powoli kółka na mojej skórze, gest tak łudząco podobny twojemu, że niemalże poczułam rozkoszną radość, że wróciłeś, gdzie twoja walizka? Ale nie, to była ona, wciąż ta staruszka z piątego piętra, a ja powoli zdawałam sobie sprawę, że moja skóra staje się poprzez jej dotyk bardzo miękka, obwisła, sflaczała i zupełnie pomarszczona, jak stara pomarańcza. Moje ciało popadało w tkankową obcość mnie samej. Wszystko to trwało długo, bardzo długo, wydawało się, że tygodniami, miesiącami, aż w końcu dotarła do koniuszków palców u stóp – i wtedy się obudziłam. Namalowałam później o tym obraz, ale wydał mi się całkiem głupi i nieadekwatny, i poczułam złość, obce mi uczucie, złość chyba na samą siebie, że nie umiem wcale malować, po co więc w ogóle próbuję, i go porzuciłam. Chodziłam potem przez kilka dni całkiem otumaniona tym snem – myślałam o drzewach pomarańczowych, kotach wędrujących po ulicach Lizbony oraz drobnych gestach bez znaczenia. I o mężczyźnie z parasolką, w piękny słoneczny dzień krzyczącego na mewy, pamiętasz? Przypomniał mi się, zupełnie nagle. Opowiadałam ci o nim. Jak szedł wzdłuż portu, wygrażając coś białym ptakom i mamrocząc o kobiecie, która zniszczyła wszystko, bo pojawiła się w jego perfekcyjnie samotnym życiu, bo one zawsze zjawiają się nie w porę, bo przynoszą narodziny, krew i wodę, a potem radź sobie, człowieku, z całym tym rwetesem, z tą miłością, psiakrew. Skąd wiesz, co mówił, skoro nie rozumiesz portugalskiego? – spytałeś mnie wtedy. Nie trzeba rozumieć portugalskiego, by wiedzieć, co mówił, odpowiedziałam. Uśmiechnąłeś się.
Jakiś czas po moim śnie zobaczyłam ją znów, w bramie. Słońce odbijało się od okien i padało na jej twarz. Zmrużyłam oczy, starając się dostrzec białego kota zaplątanego gdzieś pośród cienia, ale nigdzie go nie było. Miała zamknięte oczy – i gdyby nie to, że stała, oparta o żeliwne pręty, można by pomyśleć, że nie żyje. Podeszłam bliżej, niemal przestałam oddychać, niby bojąc się ją spłoszyć, jakby była ptakiem lub sarną, lub kotem. Zobaczyłam ją wyraźnie: była niska, właściwie skurczona, lata i zimy opadały na jej ramiona. Dłonie trzymała splecione przed sobą, a jednym kciukiem gładziła wolno drugi – gest tak dobrze mi znany, sama wykonuję go często, szczególnie, kiedy odejdę gdzieś daleko i dobrze byłoby, abym powróciła. Stałam tak i patrzyłam na nią, nie mogąc oderwać od niej wzroku, a słońce na jej twarzy poruszało się, jakby drżały szyby okna. Zdawałam sobie sprawę, że ona doskonale wie, że tu jestem; ale to nie było wcale nasze spotkanie, nie moje i jej – było to spotkanie jej milczenia i mojego milczenia, czegoś w nas, co w tym właśnie momencie porozumiewało się ze sobą. Dotarło do mnie, że ona od dawna przeczuwała to wszystko – było to jednak bez znaczenia. Tak, to wszystko było bez najmniejszego znaczenia. Po chwili ja także zamknęłam oczy. Poczułam swój własny, spowolniony i urywany oddech, jak fale oceanu. Poczułam, jak drżą mi końce palców i jak przewija się pomiędzy nimi drobny wiatr marcowy, jak naniza się na nie i plącze, gubiąc swój początek i koniec. Poczułam zapach, który przypomniał mi o czymś odległym, o czymś, co odeszło, trochę jak sklep z owocami i deszcz spod rynny, i zmęczenie w nogach od tygodni wędrówki. Poczułam twój oddech przy moim ramieniu i twoją dłoń pod moim prawym uchem, wahającą się jednak. Poczułam w ustach słodki smak pomarańczy. Poczułam, że coś ociera się o moje nogi, powoli, z lubością, mrucząc i domagając się pieszczoty.
Helena Pyżanowska – mieszka w Warszawie, choć większą część życia spędziła na wsi nad morzem, gdzie las zaglądał do okien, a latem mocno pachniały zioła. Absolwentka etnologii i antropologii kulturowej, animatorka kultury, współprowadzi podcast literacki Zapatrzenie. Zbiera sny. Można ją znaleźć na Instagramie: @jabloniesny.