Nie nazywaliśmy tego jak należy. Brak zrozumienia, brak definicji. Pouczano nas tylko na każdym kroku, by robić to, co do nas należy i jak należy. Podkreślając czas dokonany czynności, których się podejmowaliśmy, nierzadko pod przymusem.
Na wszystko jest czas i miejsce.
Wybiórcze nauki dawkowano nam z uporczywością przewlekłej migreny, młot pneumatyczny drylujący naszą czaszkę, pozostawiający mięsko mielone w miejscu, w którym anatomicznie powinien znajdować się mózg. Całą resztę, z której byliśmy polepieni, zrównywano z fanaberią wieku adolescencji. Zderzaliśmy się ze ścianą, kilka kroków w tył, rozbieg i déjà vu.
Nikt o tym głośno nie mówił: czym właściwie było to „wszystko”, które ma na nas spłynąć, gdy czas i miejsce w cudowny sposób splotą się i otworzą przed nami wrota do czasoprzestrzeni dostępnej dla „mistrzów gry”, złotoustych mędrców, którzy posiedli prawdę.
W duchu pragnęliśmy jedynie posklejać potłuczone szkiełka w witrażyki i ustawić je w stacje z zachowaniem zasady przyczyny i skutku. Każda stacja wiodłaby nas do następnej, rozszerzając nasze uprawnienia i mnożąc narzędzia do odkodowywania jutra: moce zdrowia, serca, magii, odwagi, miłości i rozumu. Paź, giermek, rycerz – czy oczekiwaliśmy zbyt wiele?
Nikt o tym głośno nie mówił. W gruby warkocz splotło się to, co ważkie, z tym, co na uwagę nie zasługiwało. Brakowało nam języka do opisania rzeczywistości pęczniejącej wokół nas. Burza w szklance wody, to sprawy dorosłych, nie dotyczy, zajmij się swoimi sprawami – mówili, urywając temat, zmieniając go, gdy tylko nasza dociekliwość stawała się niewygodna.
Pozornie zaakceptowaliśmy nieznośną i wszędobylską bezimienność, łasząc się do wirtualnej bańki, która, jak miał nam pokazać wkrótce czas, okazywała się gównem ubranym w połyskliwe sreberko. Tak, czas pokazywał nam środkowy palec po mistrzowsku. W mroźne dni rozsypywał oranżadkę na rdzy trzepaka i robił zakłady, ty nie zrobisz?, nie bądź frajer, nie peniaj. Zostawała po nas cienka skóra języka, ażurowa tkanka przymarznięta w miejscu próby konformizmu. Byli i tacy, którzy wciągali ją nosem, renegaci i prorocy jutra.
Co by nie powiedzieć, czas się w tańcu nie pierdolił.
Co by nie powiedzieć, czas się z nami nie pierdolił. Nie cackał. Skumał się z dorosłymi, po mieczu i po kądzieli, rączka rączkę myła.
Nie cackaj się z nim, za bardzo się z nią cackaliśmy. Nie wtrącaj się. To rozmowy dorosłych. Dzieci i ryby głosu nie mają. Nie pyskuj! Gówniara jedna. Ty tępa dzido! Wstyd mi przynosisz! Jak ty wyglądasz! W dupach się poprzewracało! Było ci za dobrze, rozpuszczony gnój! Jeszcze nam napsuje krwi! Spójrz na matkę i zrób coś ze sobą! Zbękarci się nam!
Twój syn.
Twoja córka.
Mieliśmy mokre sny, w których szliśmy w tango.
Mieliśmy sny o życiu.
Mieliśmy sny, a może to sny miały nas i z nas niezłą bekę. W snach żyliśmy bardziej, a może tylko nam się wydawało. Śniąc, wracaliśmy do domu, a może tylko ślepo w to wierzyliśmy. „Dom to stan umysłu” – te słowa trzeba wypowiadać z odpowiednią intonacją, nie pozostawiając żadnych niedopowiedzeń, drwina i wishful thinking.
Może – gdybanie, ocean bez dna, morze możliwości. Wyolbrzymienia (to, co wbrew naturze, ma w niej najgłębiej zapuszczone korzenie i najsilniejszą moc projekcji i wyparcia), kontrasty, śmierci, odejścia, powroty, tu jednak nic nie było nam straszne, zawsze można było się uszczypnąć i wyjść jak z escape roomu, jak z sesji BDSM, słowo-klucz, hasło-ucieczka. Pozorna utrata kontroli i zawór bezpieczeństwa. I ta naiwna pewność granicząca z wszechmocą, że tu nikt nie wypali nam na skórze prawa własności. Wszystko jest grą, jak ciuciubabka z happy endem, palimy na stosie formularze zwrotów i reklamacji. Dla każdego mamy dyplom i ciepłego loda. Róże nie kolą, ale i nie pachną. Czy wyrzekasz się szatana, który jest głównym sprawcą grzechu? Nie odpowiadaj, jeszcze nie teraz. Podlewaj róże suchą wodą.
Śniły nam się wypadające zęby, które chowaliśmy po kieszeniach, z niewzruszoną pewnością, że to się naprawi. To tylko drobna usterka systemu, obejdzie się bez ponoszenia dodatkowych kosztów. Przecież mama nas nie zbije.
Śniły nam się biegi przez las w stroju Adama i Ewy. Pół dzieciaki, pół Bambi. Świeciliśmy lusterkami jedno drugiemu, przeskakiwaliśmy na drugi brzeg rzeki, a nasze kopyta pozostawały suche. Opadająca woda odsłaniała kości naszych sióstr i braci, których zgubił za krótki rozbieg. My biegliśmy dalej, nie odwracając się za siebie, to wybija z rytmu. Przed nami malował się kolejny level, kolejny stopień wtajemniczenia.
Śniły nam się biegi, a nasze nogi jak z gumy. Podeszwy butów zdawały się przyklejone na stałe do podłoża. A może to było jakieś przeciążenie, siła grawitacji postanowiła nas zassać do środka ziemi, a my broniliśmy się przed tym, napinając całe swoje ciało, jak jeden wielki mięsień.
Śniły nam się dachy wieżowców, na których pojawialiśmy się znikąd, co wiele mówiło o nas, kalki z drugiej strony źrenicy. Dachy, z których spadaliśmy za każdym razem, gdy tylko stawały na nich nasze stopy. Serca podchodziły do gardeł. Loty zdawały się trwać w nieskończoność, którą przerywał dźwięk budzika, nawołujący z drugiej strony życia. W sztuce spadania trenowaliśmy się z uporczywą regularnością, kilka nocy w miesiącu.
Śniliśmy o martwych, którzy wracali na swoje miejsce, siadali na swoich krzesełkach i kładli się do swoich łóżeczek. Byli bardziej żywi niż przed śmiercią, a my umieraliśmy. Umieraliśmy, ma się rozumieć, naturalnie, dzień po dniu, ale i z ciekawości, dokąd zaprowadziło ich światło, które jest nam obiecane, jak brelok z gołą blondyną po dziadku. Topos homo viator przewijał się jak film na VHS. Remake i wtórność. Niskobudżetowa kontynuacja wędrówki za płonącym żarliwie ciałem niebieskim, gdzieś tam rodziło się następne szczenię, które lada moment rozwiesimy na krzyżu jak mokrą bieliznę na sznurze, bo niebezpiecznie będzie się wyróżniać. I czy istnieją dobre chęci, którymi nie jest wybrukowane piekło? I dlaczego magnetofony wciągały taśmę? Pytaliśmy, ale martwi, chociaż żywi w snach, milczeli. Obecność miała wystarczać.
W snach włamywaliśmy się do ich umysłów, szukając odpowiedzi, szukając pytań.
Śniliśmy, a tłem naszych mar był synthpop, elektryzujące dźwięki nawołujące nas z rozchodzącej się w szwach nieskończoności wszechświata, który się kurczył jak usychająca śliwka. Oczko w parze nylonowych rajstop zwiastowało rychły koniec.
***
Koniec roku szkolnego wyganiał nas z miast do wsi, do naszych babć i dziadków. Byle nie pałętać się pod nogami, zejść z oczu ojców i matek, tyrających dla nas i na nas.
Popsute sprzęty, stare meble, gabaryty, wywoziło się raz do roku na wielkie wysypisko bezmiaru różności, na furze ciągniętej przez Baśkę. Baśka była kasztanką dziadka Mańka. Miała dziką naturę, „nie do ujarzmienia” – mówili na targu koni. Nie do ujarzmienia? – to jak wyzwanie uszyte wprost na miarę dziadka. Wodzenie na pokuszenie. Nie ma konia, którego dziadek by nie oswoił. Konie go czuły, a on wyczuwał konie. Wiosna, pełna buntu, wierzgania i przeskakiwania z trwogą przez płot, stanowiła narowisty prolog do letniego zrównoważenia sił. Baśka jadła dziadkowi z ręki, tylko z jego wielkiej jak bochen dłoni zgarniała kostki cukru, ćwiartki jabłek i inne smakołyki, które w kieszeni fartucha przemycał dla niej dziadek. Pozostali musieli zaakceptować jej zagadkową, nieprzewidywalną naturę i zachowywać bezpieczną odległość.
„Młodzi mają coś z mojej Baśki”– dziadek lubił się w porównywaniu ludzi do swoich ukochanych koni. W oczach dziadka nikt i nic nie mogło się równać z dobrym koniem. „Nie ma takiego młodego, którego nie da się ujarzmić” – mawiał nad talerzem czerwonego barszczu. Tylko tyle i aż tyle. Zastanawiałam się, ile jest w tym prawdy. A potem wracałam w pamięci do Baśki, która do końca swoich końskich dni ufała tylko wybranym. I czy da się to powiązać z miłością, która w ujarzmieniu zakłada jednak swego rodzaju pierwiastek wolności? A może to tylko brak precyzyjnych definicji, poruszanie się po obrzeżach zbiorów, w poszukiwaniu po omacku punktów styku. Dziadek był mądrym i dobrym facetem. Mówił niewiele, ważył słowa, każde słowo coś znaczyło, dojrzawało w nas latami jak dobre wino. W przeciwieństwie do potężnej masy innych dorosłych, którzy miłowali się w podtapianiu nas w słownych kąpielach, z których nie wynikało dla nas zupełnie nic. Na co to tak strzępić ozory. We wszystkim trzeba znać umiar.
Lato się kończyło i wracaliśmy ze wsi do miast. Baśka żuła siano, a my mieliśmy wystawiać się na przeżuwanie, bo taka jest kolej rzeczy. Towarzyszyć miał nam zgiełk słów i tęsknota za umiarem, i tak przez następne dziesięć miesięcy.
***
Mówiono nam tak dużo, nie mówiąc nam niczego. Cheesy zagryzaliśmy frytkami i popijaliśmy colą.
Studiowaliśmy odchodzenie od tematu, obracanie kota ogonem, podchodzenie jak pies do jeża. Zdawkowe odpowiedzi, jak pigułki, łykalismy garściami, działały objawowo. Karmiliśmy się złudnym przekonaniem, że zyskujemy trochę czasu. Katar leczony trwa siedem dni, a nieleczony tydzień.
Kolekcjonowaliśmy żółte szkiełka z rozbitych barierek balkonów popeerelowskich bloków. Patrząc przez szkiełko, łatwiej było nam uwierzyć w słońce, które zdawało się mieć na nas wywalone przez dłuższą część roku. Uczyliśmy się nie być frajerami i decydować się na prawdę albo wyzwanie, jakby od tego zależało nasze życie. Poniekąd zależało. Wygrać, a nie zostać ogranym.
Rozbijaliśmy bazy między obskurnym drewnianym sklepem, którego właściciel pachniał dymem, innym niż ten, który znaliśmy z naszych domów, a trzepakiem, do którego ustawiały się kolejki przed świętami, i dorastaliśmy oddzieleni kocami od naszych ojców i matek. Były to jedne z wielu dni prób, które miały zweryfikować stopień naszej adaptacji do prawideł, jakim podlega życie w społeczeństwie.
Nauczeni, że pokorne ciele dwie matki ssie, wchodziliśmy do kołowrotku i robiliśmy swoje, obracając się zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Wyrzekaliśmy się precyzji ostrych jak brzytwa refleksji. To co krwawi, powinno pozostać w ukryciu.
Były sprawy dorosłych, do których nie wolno było nam wściubiać nosów. W tę grę graliśmy jak w każdą inną.
Modelowanie jako jedna ze skutecznych metod uczenia się, szczwany mechanizm zmiany zachowania pod wpływem obserwacji zachowania innego użytkownika naszego środowiska. W dużej mierze bazujący na automatycznym procesie przejmowania cudzych reakcji.
Kolekcjonowaliśmy cudze, aż stawało się naszym.
Wkraczaliśmy w dorosłość, nie wiedząc, czym ona jest, z czym się ją je. Liznąwszy cukierka przez papierek. To, co nienazwane, przypieczętowane niemą akceptacją, gryzło nas od wewnątrz jak sweter z surowej owczej wełny. Kowadło zamknięte za żebrami nie pozwalało nam oddychać pełną piersią.
Zapadaliśmy się w życie jak nóż wsuwajacy się w zjełczałe masło.
I czy naprawdę nie istnieją dobre intencje, którymi nie jest wybrukowane piekło?
Podwójne zaprzeczenie.
***
Nikt nikogo nie nauczy jak żyć. Potrzeba tu dobrej ręki jak do konia i szwedzkiego stołu. Kilku spojrzeń, gestów i ćwiartek jabłka w drelichowych fartuchach. Wszystko to tylko kilka wskazówek, nauka zadawania pytań, a nie łamania charakterów.
***
Kasety można przewijać ręcznie, trzeba wyciągnąć blokadę i kręcić. Następnie tę samą rękę włożyć do gardła i zwrócić wszystko, czym do tej pory nas karmiono. Potem umyć ręce i wziąć trzy głębokie oddechy. Kurację stosować do uzyskania zadowalającego efektu.
Nic o tym nie wiem, ale proszę dać mi kwadrans.