Siedzę na ławce i macham nogami. Do przodu, do tyłu. Raz miarowo, obiema nogami równocześnie. Potem prawa porusza się szybciej, a lewa zostaje trochę w tyle. Fajne są takie ławki, że akurat mogę sobie pomachać nogami. Bo im szybciej macham, im bardziej rytmizuję moje ruchy, tym lepiej mi się skupić.
Zawsze – zawsze staram się, żeby to machanie nogami było przemyślane. Nie takie byle jakie, jak gotowa mieszanka przypraw do spaghetti bolognese. Albo lista zakupów napisana na wyrwanej kartce ze starego kalendarza. Klapki pospiesznie włożone, żeby otworzyć drzwi kurierowi. Wszelkie odpowiedzi: Ttak, ja też” albo “Tak, ja tak samo”.
Ale skupić na czym, tak właściwie?
Na pewno nie na tym, na czym powinnam.
No właśnie, na czym?
Dobra, już dosyć.
Kręcę głową, rozciągam szyję.
Odgarniam włosy z twarzy.
Jeszcze nie aż tak dawno temu mnóstwo rzeczy i ludzi mnie denerwowało. Bo ktoś nie tak na mnie spojrzał. Bo coś nie wyglądało tak, jak uważałam, że powinno. Dużo myślę o tym, jak niemiłosiernie mnie po prostu wszystko irytowało. W każdy możliwy chyba sposób. I ta irytacja z czasem zaczęła się przeobrażać. W coś odwrotnego. Wściekła, mięsista i kipiąca z czerwoności wewnętrzna masa zaczęła stygnąć. Opadała i opadała. Mniej więcej tak, jak się robi kawę sypaną – fusy opadają na dno po energicznym zamieszaniu. Tyle, że po wypiciu tej kawy fusy nie zostały wyrzucone. Zaczęły twardnieć. Przyklejać się do kubka i zmniejszać, zmniejszać, zmniejszać. Stały się jakąś dziwaczną skamieliną.
Tak też się stało z tym denerwowaniem. Najzwyczajniej zamieniło się to w odpuszczenie. Kubek z zastygłą na nieokreślone wieki kawą na dnie wyrzuciłam. Do niczego by się już nie przydał. Bardzo by mnie denerwowały wszelkie próby szorowania, skrobania i mycia. Trudno – tak się chyba mówi w takich sytuacjach.
Bo dużo kubków jest na przykład w Action, moim ulubionym sklepie – dla wiernych jego fanów zwany Akszonem. I w nim lubię kupować: czarki, świeczki, ramki do zdjęć. Żyję w głębokim przekonaniu, że w Akszonie można kupić prawie wszystko, co potrzebne do codziennego przeżycia. Ostatnio wstawili tam nawet kasy samoobsługowe, więc można kupić kubek i nawet nie ściągać słuchawek, żeby odpowiedzieć Pani za kasą: “Tak, kartą”.
No są te kubki wątpliwej jakości, to prawda, ale o tym świadczy też ich zawrotna cena, czyli całe pięć złotych. Moja koleżanka raz wlała do takiej czarki (mojej ulubionej) gorącą kawę i jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki – dno kubka oraz jego ścianki stały się osobnymi bytami niskofunkcjonującymi. Już nie dało się z takiego kubeczka napić, mimo szczerych chęci.
Teraz robię koła nogami – jedną macham w lewo, a drugą w prawo. Miarowo, równo – tak macham. Myślę nagle o takiej osobie, chyba każdy taką ma, co z dnia na dzień zniknęła. I nie mówię tu o wydarzeniu typu tragiczne, okropne i łamiące serce na kawałki niczym kubek, który wyślizgnął się z dłoni, bo był tak gorący po wyjęciu ze zmywarki, że po prostu inaczej stać się nie mogło. Po prostu – mówiąc też prosto – taka osoba przestała sobie zdawać sprawę z mojego istnienia.
Kurdę, tak sobie teraz wypominam, że mogłam nie wyrzucać tych rozwalonych kubków. Nie podjęłam nawet próby ich sklejenia. Teraz nadal mogłabym pić sobie z nich kawę albo Oshee, albo trzymać w nich ołówki.
Ach, chyba lepiej pamiętać tylko te chwile, kiedy było fajnie. Kiedy ktoś potrafił w sekundę odczytać mój nastrój, jakby zanurzyć we mnie papierek lakmusowy. Albo kiedy… Dobra, nie pamiętam. Nie pamiętam, bo lepiej jest nie pamiętać.
Najlepiej mi się macha nogami, kiedy w ogóle wyobrażam sobie całą tę sytuację z innej perspektywy, jako scenę z Ukrytej Prawdy. Taką pełną dramaturgii niczym w antycznym teatrze, że oglądając ją, pomyślałam: “O kurczę, ta aktorka jest tak podobna do mnie, niesamowite”. Tyle że w tym paradokumencie, w każdym odcinku jest jakaś tytułowa ukryta prawda, a tu jedynym, co mogłoby nią być, jest to, że tak naprawdę nie jest to prawdziwe. Aktor, który ma być tobą, nie jest w ogóle do ciebie podobny.
Wkurza mnie to, że wszystko jest tymczasowe, że ktoś może mówić te same słowa różnym osobom i za każdym razem mówić to naprawdę.
To chyba jest moja kara za te wszystkie wyrzucone kubki, z których egzystencji też się wyparłam, wyrzuciłam je i uznałam, że jest po sprawie, bo przecież i tak kupię sobie jakiś nowy. Że po co takie pokrzywione będą, posklejane, brzydkie, jeszcze będę musiała czekać, aż wyschną.
Ale z ludźmi to tak nie działa, bo niektórzy, jak ich dostaniesz, to już albo ucho mają uszczerbione, albo jakieś pęknięcia na szkliwie. I nawet jeśli chcesz, to nie każdy kubek skleisz. Tak mocno już macham nogami, że chyba zaraz odlecę.
Muszę wziąć głęboki oddech, maksymalnie napełnić policzki i głośno wypuścić z nich powietrze. Najlepiej kilkukrotnie z zaciśniętymi oczami.
Tak robię i może jest trochę lepiej.
Nie myślę już o tym.
Potem, wracam do domu i konwulsyjnie, jak dzikie żyjątko, zaczynam grzebać w śmieciach. Obleśne, to prawda. I grzebię pośród opakowań po pierogach ruskich, jakichś paragonów z bezsensownymi kuponami i pustych opakowań po tytoniu. Nie mogę go znaleźć, więc w akcie desperacji wywalam całą zawartość śmietnika na podłogę w kuchni. Nieważne, że coś się wylewa spośród resztek, ale widzę to, po co zrobiłam taki “burdel”, jak to mówi moja mama.
Ucho od kubka. Samo ucho, a przysięgam, że wyrzucałam cały, tyle że w kawałkach. Przez przypadek strąciłam go z blatu biurka, zdarza się każdemu, prawda?
Co się stało z resztą kubka… Nie mam pojęcia. Do dziś czasem odtwarzam tę sytuację i zapętlam w głowie cały bieg jej wydarzeń. Nie dochodzę do żadnych fundamentalnych wniosków. Niekiedy próbując zasnąć, przypominam sobie o tym kubku i jedyne, o czym wtedy marzę, to żeby mi się nie przyśnił.
Myślę, że najłatwiej byłoby uznać, że to wszystko wcale się nie wydarzyło. Że ktoś to napisał, ktoś to wyreżyserował, a ja tylko dobrze odegrałam swoją rolę. Że ta ławka była rekwizytem, machanie nogami zaplanowanym gestem, a ucho od kubka symbolicznym motywem, który miał wzruszyć widza przed reklamą AI leku na kaszel.
Może teraz lektor powie poważnym głosem: „Czy bohaterka pogodzi się z przeszłością? Czy odnajdzie brakujące kawałki?”. A ja wstanę z ławki, otrzepię spodnie, kamera zrobi powolny najazd na moją twarz i zapadnie dramatyczna cisza.
Wtedy nagle rozumiem, że ta cała ukryta prawda wcale nie jest ukryta. Ona jest banalna. Że nic się nie skleja idealnie. Kubki, ludzie, historie i różne takie.
Wstaję więc, przestaję machać nogami i idę do domu. Bez muzyki w tle, bez napisów końcowych. Jak statysta we własnym życiu.
I tak się skończył ten odcinek. Wróciłam do domu i dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, że nie mam z czego pić kawy.
Zuzanna Stempska (ur. 2001, Poznań) – artystka wizualna i autorka tekstów. Absolwentka i wykładowczyni Uniwersytetu Artystycznego w Poznaniu, współzałożycielka Artystycznego Związku Sportowego. Od 2025 roku współpracuje z magazynem Szum. Entuzjastka patyków, rysowania i postsztuki. Można ją znaleźć na Instagramie na koncie @zstempska i na https://zuzannastempska.cargo.site.