12 kwietnia 2026

W piękny rejs
Bogna Goślińska

Wersja audio

 

I

 

Na pływanie zapisała mnie mama, do dziś nie wiem, dlaczego, skoro sama nie cierpiała wody. Początkowo nie przejawiałam żadnych talentów w tej dziedzinie, machałam bezsilnie wszystkimi kończynami i płynęłam do tyłu. Pamiętam, jak tata wspominał, że córka znajomych przepływa już kraulem cały sportowy basen. Byłam w zerówce i nie lubiłam głębokich basenów, bo woda w nich była zdecydowanie zimniejsza.

 

Mama nie umiała pływać, bo kiedy miała siedem lat, instruktor szkolnej sekcji wrzucił ją do wody, gdzie krztusząc się i wymachując rękoma próbowała utrzymać się na powierzchni. Kiedy mieszkaliśmy jeszcze w Raciborzu, stanowczo odmawiała odbierania mnie z samej pływalni, jak robiły to w większości mamy moich koleżanek, które wchodziły do nas do szatni i porządnie wycierały swoje córki i dokładnie suszyły im włosy. Moja mama czekała na mnie na przystanku autobusowym, zwykle wymawiała się ciężkimi zakupami, które robiła w trakcie moich zajęć, podczas piątkowego popołudnia. W efekcie zimami często chorowałam, bo kiedy opuszczałam pływalnie, z moich włosów skapywała woda. 

 

Marzeniom szczególnie sprzyjało pływanie na grzbiecie, wyobrażałam sobie wtedy stroje, jakie założyłabym na siebie, gdybym miała pieniądze: kapelusze w stylu Michaela Jacksona, tiulowe spódniczki, dżinsowe kamizelki, skórzane kozaczki, kolorowe leginsy. Czasem przeprowadzałam też wywiady sama z sobą, odpowiadając sobie na przeróżne pytania na swój temat, raz po polsku, a raz po angielsku, bo akurat w trzeciej klasie przychodziła do mnie studentka anglistyki, której rodzice płacili po dwadzieścia złotych za wizytę. Kiedy czekałam na sygnał startu, patrzyłam w szyby poprzetykane tu i ówdzie obślizgłym mchem, wiedziałam, że raczej nie dojrzę tam mamy, ale w tamtym czasie perspektywa tego, że mogłaby podglądać mnie podczas pływania wydawała mi się najczystszą emanacją matczynej miłości. Oczywiście nigdy się tam nie pojawiła, a ja nie dojeżdżałam do domu z torbą przesiąknięta chlorowaną wodą z niedokładnie wyrżniętego kostiumu z logiem arena.

 

II

 

Ku mojemu zaskoczeniu moja córka nigdy nie polubiła wody tak, jak ja. Na zajęciach z pływania dla niemowląt płakała tak mocno, że po kwadransie uciekałam z nią do szatni z polikami spłonionymi ze wstydu. Kiedy była w strawach, temat powrócił, nie chciałam przecież, żeby tak jak matka bała się wody i obchodziła baseny szerokim łukiem. Po pierwszych zajęciach instruktorka, rzutka studentka AWF-u i była mistrzyni Polski w stylu grzbietowym, wzięła mnie na bok i powiedziała, że moja córka uparcie odmawiała wyjścia z szatni, a że nie można było jej zostawić samej, Pani Iza musiała przekazać młodszą grupę koledze, w efekcie czego dwunastka dziewięciolatków taplała się z maluchami w basenie o maksymalnej głębokości metr 1,20cm. Wybłagałam o jeszcze jedną szansę, ale gdy sytuacja się powtórzyła, poproszono mnie, abym wypisała córkę z zajęć. Dlatego kilka lat później przyjęłam z ulgą, że obowiązkowy od czwartej klasy basen odbywał się już̇ na pływalni w innej części miasta, a zajęcia prowadził nie żaden student, a jeden ze szkolnych wuefistów. Jednak po paru tygodniach córka odkryła, jak łatwo wymigać się z zajęć, podając za powód niedysponowanie, ewentualnie ból głowy, aby nie budzić zbyt dużych podejrzeń. Na tym etapie przestałam dopytywać o pływanie. Miałam tylko nadzieję, że przepuszczą ją z wf-u. I wiecie co? Żyjemy w czasach, w których naprawdę trudno kiblować na tym etapie edukacji.

 

III

 

Wszystko zaczęło się podczas wyjazdu do Jastarni, parę tygodni wcześniej złamałam nogę, więc to moja mama zabrała córkę na wczasy do willi Słoneczna. Nie wiem do końca, co się tam wydarzyło, ale dmuchane rękawki wróciły do Raciborza w stanie fabrycznym. Nawet nie chodzi o to, że babcia nie uczyła wnuczki pływać, od wielu lat podejrzewam, że matka naopowiadała jej tam jakichś niestworzonych historii o prehistorycznych węgorzach czy innych morskich hydrach. W kolejne lato, kiedy wybraliśmy się pod namioty na Suwalszczyznę, córka zapytała, czy wiem, że niektóre jeziora mają podwójne dno, a w gliniankach są zdradzieckie wiry wodne, które zasysają pływaków do swych głębin zaśmiecanych starymi maszynami wydobywczymi zalanymi na szybko wodą. Nigdy nie wyśledziłam źródeł tej całej mitologii, ale czułam w nich wymalowany na karminowo pazur matki. Zresztą Bóg mi świadkiem, że kiedy próbowałam wyperswadować młodej chodzenie na szkolny basen podczas jakiegoś rodzinnego grilla, matka przerwała mi tubalnym: „Irena i ten jej nonsens”, puszczając do córy perfekcyjne perskie oko. W gardle od razu zrobiła mi się taka surowa klucha, matce zdarzało się stawiać sprawy w tak autorytarny sposób. Syknęłam tylko cicho, ale dźwięk utonął w skwierczeniu grillowanych kabaczków, bo młoda miała wtedy ten swój jarski okres, co ku mojemu zdziwieniu zaakceptowała najszybciej moja własna matka, czyli największa fanatyczka mięsiw, pieczeni, klopsów i wszelkiej maści serdelków, które podjadały nocami, maczając ich końcówki w chrzanie. Rano biadoliła, że jej wyjedliśmy. Ta sama osoba piekła teraz regularnie grzybowe pasztety, lepiła kotlety jajeczne i owijała kapustę na gołąbki wokół farszu z kaszy i warzyw. Temat szkolnego basenu zawisł jeszcze na chwilę w zbiorowym milczeniu, ale zaraz przerwał go szloch syna kuzynki, który rozłożył się z zabawkami na terenie małego mrowiska, jakie powstało na lewo od wychodka. Córa uśmiechała się do siebie pod nosem, czytając jakąś gazetkę o celebrytach, którą drukowano na tym samym papierze, co broszury z promocjami w naszym Kauflandzie, a matka wróciła do spokojnego popijania karkówki Warką Strong. Rzuciłam porozumiewawcze spojrzenie mężowi, ale ten jak zwykle przeoczył napięcie między nami, pilnując drugiego grilla. Choć bardzo wspierający, był też pragmatycznym mężczyzną i zwykle nie wyczuwał tych wszystkich niuansów rozmowy, które bez wpadki wyczytujemy my, kobiety. Tęskniąc za sojusznikiem, jakimś bratem lub siostrą, którzy wsparliby mnie przeciwko matczynemu zniżkowaniu, wróciłam do przewracania paprykowo-pieczarkowych szaszłyków. Na szczęście wysmażę jeszcze tylko jedną partię i wymkniemy się razem z działek. Wymówię się tym, że odwożę go autem na dyżur, a w drodze do domu zahaczę jeszcze o Delfina. W soboty o ósmej wieczorem tory świecą już pustkami, a z ciał moszczących się w jacuzzi ulatują ostatnie bąbelki. Dotknęłam obojczyka, wyczuwając pod sukienką krawędź sportowego stroju, i uśmiechnęłam się sama do siebie.

 

– Mysza, chodź tu z jakimś większym talerzem, kabaczki gotowe.

 

IV

 

Kiedy młoda była już w liceum, mój tato zachorował. Miał twarz jak indycze jajo, ale nigdy nie widział dermatologa. Raz skierowali go na jakieś rutynowe badanie i zanim minął kwartał, wybieraliśmy trumnę. I choć rodzice od lat żyli w swoich odrębnych światach, które zazębiały się jedynie we wspólnej niechęci do urzędującego prezydenta miasta i jego konszachtów z mafią ogórkową, zobaczyłam, że tak nagłe odejście towarzysza życia wstrząsnęło nią w jakiś zwierzęcy i niewidoczny gołym okiem sposób. Córa też wyglądała nietęgo przez parę tygodni, w końcu była to pierwsza śmierć, jakiej doświadczyła, Do tego dziadek nauczył ją jeździć konno i ta pasja przetrwała do jej lat nastoletnich. To właśnie on woził ją do stadniny, kiedy my z mężem pracowaliśmy na dwa etaty. Ojciec miał złotą rękę do tych zwierząt. Kiedy jako dziecko zabrał mnie do swojej rodzinnej wsi, zobaczyłam na własne oczy, jak uspokaja rozszalałego konia, który przestraszył się wystrzału z dubeltówki. Koń był w biało-brązowe łaty,  moja babi nazywała go czule krowiątkiem. Tata chciał wsadzić mnie na grzbiet, ale nie podobał mi się jego zapach, więc uciekłam.

 

Z tej strony rodziny, ludzi smagłych i łagodnych, był ostatni, dalej została już tylko ta druga połowa, czyli rozhisteryzowani krewni matki, po których odziedziczyłam skłonność do depresji i wahań nastrojów. Czasem biczowałam się, że jestem do niego tak niepodobna.

 

V

 

To było gorące lato, lody topniały moment po nałożeniu do wafelka, postanowiłam więc zabrać moje dziewczyny na wakacyjny wyjazd. Wybrałam ośrodek, w którym znajdowała się bogato wyposażona świetlica i rowery do wypożyczenia, im zarezerwowałam mały dwuosobowy domek, a sama zdecydowałam się rozbić obok namiot. Mąż nie chciał nam przeszkadzać w żałobie obcą krwią i cudzym nazwiskiem, zresztą brał wtedy wszystkie możliwe dyżury, bo to był pierwszy rok spłacania kredytu za dom.

 

Pojechałyśmy więc same, niestety pierwszego dnia okazało się, że z mojego materaca ucieka powietrze, więc spędziłam noc na twardym.

 

Po śniadaniu postanowiłam pojechać rowerem po pobliskiego miasteczka i poszukać chociażby karimaty, niestety ani mama, ani córa nie chciały mi towarzyszyć, bo jak powiedziały, przyjechały się tu przede wszystkim byczyć i opalać. Zostawiłam młodej parę złotych na oranżadę i wsiadłam na zdezelowany rower, który skrzypiał przy każdym hamowaniu. W Barczewie okazało się, że większość lokali jest zamknięta z powodu przerwy wakacyjnej, ale udało mi się znaleźć sklep sportowy z wyborem mat do ćwiczeń. Wybrałam tę, która wydawała mi się najmniej twarda, a do tego dwa słomkowe kapelusze w ramach prezentu dla moich dziewczyn. Niestety droga z powrotem prowadziła pod górkę, więc powrót na kemping Królewska Sosna okazał się mordęgą. Kiedy dojechałam, cała spływałam potem. Domek był zamknięty na cztery spusty, nic dziwnego, bo dochodziła pora obiadowa. Szybko przebrałam się w namiocie w strój, aby ochlapać się przed jedzeniem, i puściłam się biegiem w dół skarpy ku wodzie. Jakie było moje zdziwienie, kiedy zaraz przy drewnianym pomoście zobaczyłam, jak te dwie wariatki dryfują po spokojnych falach na moim starym materacu! Najwidoczniej ta mała dziurka nie stanowiła przeciwwskazania dla wodowania sprzętu.

 

Głęboko było tu może po pas, i tak dużo, biorąc pod uwagę, że obie nie umiały pływać. Ale wydawało się, że w niczym im to nie przeszkadza, bo bawiły się w najlepsze, odpychając się małymi wiosełkami podebranymi z wypożyczalni łódek. Weszłam do jeziora kawałek dalej, żeby nie przeszkadzać im w nowo odnalezionej radości, i ruszyłam przed siebie. Potrzebowałam przepłynąć co najmniej kilometr, żeby zmyć z siebie zmęczenie tego dnia i ostatnich miesięcy. Zaczęłam szybką żabką, trzymając łokcie blisko boków i maksymalnie wydłużając wybicie nogami. Mimo upałów, woda pozostawała rześka i krystalicznie czysta, jak to w polodowcowych jeziorach. Przepłynęłam kilkadziesiąt metrów i spojrzałam przez ramię, dwie ludzkie figurki wylegiwały się na materacu dryfującym majestatycznie po mieliźnie. Trzy siódemki, dwie siekierki i moja siedemnastka, szczęście musiało im sprzyjać. Były do siebie zupełnie niepodobne, jedna wyrostkowata i chuda, druga krępa i po seniorsku wszechwiedząca. Ale paluchy u stóp latały im radośnie dokładnie w ten sam sposób.