21 kwietnia 2025

Współczesne czarownice wróżą z kul dyskotekowych
Natalia Dobroń

Wersja audio

 

Sny były tanie i dostępne bez recepty. Szeptały uwodzicielsko do klientów w alejkach supermarketów, mrugały z kolorowych witryn przy drodze i pukały w szybki automatów z przekąskami, obiecując brak skutków ubocznych. Niestety, miały jedną zasadniczą wadę – na mnie nie działały.

 

– Pełna immersja, intensywne doznania, zero sztucznych barwników. – Przeczytałam na etykiecie, obracając w palcach opalizującą buteleczkę wściekłej zieleni. Litery pulsowały lekko, jakby tekst dostosowywał się do mojego spojrzenia. – Uwaga! Stosowanie snów zakupionych poza oficjalną dystrybucją grozi utratą tożsamości.

 

Za plecami rozległo się miarowe pikanie skanera.

Pik. Sen o wielkiej miłości.

Pik. Papier toaletowy, 16 rolek.

Pik. Sen o lataniu nad miastem.

Pik. Karton mleka 3,2%.

Pik. Sen klasy ekonomicznej, losowa fabuła, brak opcji zapisu.

 

Wszystko estetycznie zapakowane w przezroczystą folię, wystandaryzowane, gotowe do użycia. Sen na każdą okazję. Nocne marzenie idealne do śniadania, popołudniowa drzemka o zapachu lawendy, koszmar premium na długie zimowe wieczory. Można było dobrać pakiet rodzinny, subskrypcję na miesiąc albo wersję light – krótką i pozbawioną emocji.

 

Odłożyłam flakon na półkę. Patrzenie na niego było jak oglądanie wystawy z cudzymi wspomnieniami. Ludzie mówili, że sny to wentyl bezpieczeństwa, a bez nich człowiek się psuje jak radio, które utknęło na szumie. Nie czułam się zepsuta, ale bardziej jak wersja demo – ograniczona do trybu dziennego, bez dostępu do pełnej funkcjonalności. Może kiedyś śniłam. Może ktoś mi to wyłączył. A może nigdy nie było tej opcji.

 

Neonowe światła supermarketu pulsowały, odbijając się w kałużach na popękanym asfalcie parkingu. Metalowe wózki stały porzucone w przypadkowych miejscach, kilka przewróconych, jakby ktoś zostawił je w pośpiechu albo poddał się nagłemu znużeniu konsumpcją. Wyszłam. Za mną został świat sterylnych półek i kodów kreskowych. Oślepił mnie neon.

 

Cyrk jest tam, gdzie go potrzebujesz.

 

Migał nierównomiernie, jakby sam nie do końca wierzył w swoje słowa. Strzałki po obu stronach naprzemiennie wskazywały lewo i prawo. Samochody sunęły ospale, a nieliczni przechodnie snuli się po chodnikach, ignorując jarzący się napis. Przechodzili pod nim obojętnie, jakby był tylko kolejną reklamą fast foodu czy lombardu. A jednak on tam był.

 

Cyrk.

I czekał.

 

Nie miałam ochoty na cyrk ani na kolejną iluzję do kupienia na raty. Minęłam kiosk z gazetami, w którym od miesięcy nikt nie zmieniał pierwszych stron, sklep z elektroniką pełen neonowych napisów likwidacja i bar, w którym kebab kręcił się bez końca, jakby nikt nigdy go nie kupował. Wszystko na swoim miejscu. Nawet światło w moim oknie paliło się jak zwykle.

 

A jednak coś było nie tak.Dźwięk.Podskórnie znajomy, ale jakby rozciągnięty, spowolniony, rozlany po ulicach niczym gęsty miód. Echo Stayin’ Alive odbijało się od ścian budynków w zwolnionym tempie.

 

Zatrzymałam się. Niebo, czarne i gęste, wisiało nad miastem jak aksamitna kurtyna. W oddali mignęło mi coś kolorowego. Przetarłam oczy. Neon pulsował teraz w rytm muzyki.

 

Cyrk jest tam, gdzie go potrzebujesz.

 

Z niewymuszoną rezygnacją ruszyłam w stronę wejścia, ale nagle poczułam, że muszę jeszcze coś uregulować. Bileter w wypłowiałym fraku i srebrnych butach na platformie spojrzał na mnie z wyraźnym brakiem zainteresowania.

– Jeden ulgowy – powiedziałam, sięgając do kieszeni, niepewna, czy mam przy sobie gotówkę. Nie zdejmując nóg z lady, sięgnął do kasy, wyciągnął dwudziestozłotowy banknot i przesunął go w moją stronę.

– Ale ja…– No co? – westchnął, stukając banknotem w blat, jakby moja uparta potrzeba zapłacenia była osobistą zniewagą. – Masz, bierz. I nie marudź, bo mi tu kolejkę robisz.

Rozejrzałam się odruchowo, ale kolejki oczywiście nie było.

– Wchodzisz tamtędy. – Wskazał niedbale na ciężką kotarę. – Spektakl zaczyna się za pięć minut.

 

Schowałam banknot do kieszeni i ruszyłam przed siebie, ale nie w stronę wejścia, które mi wskazał. Skręciłam niemal odruchowo. Muzyka wciąż sączyła się w powietrzu – Stayin’ Alive, rozwleczone, rozmarzone, rozmyte jak światło neonów w kałużach po deszczu. Klaun na wrotkach przemknął obok mnie jak kolorowa smuga, zostawiając w powietrzu zapach waty cukrowej. Nie patrzył na mnie, ale rzucił w przestrzeń zdanie, które zdawało się lewitować w powietrzu:

– Wszyscy wrotki odpinają.

Zniknął za zakrętem, jakby nigdy go tu nie było.

 

Mały czarno–srebrny namiot wyrósł przede mną, wtulony w cień głównej areny. Tkanina połyskiwała w świetle, ale nie byłam pewna, czy to tylko materiał, czy coś pod nią się poruszało.

 

Wróżba jest tam, gdzie jej szukasz.

 

Weszłam do środka. Zasłony, lśniące jak benzyna rozlana na asfalcie, tłumiły światło. Powietrze było przesycone czymś słodkim, co osiadało na języku, lepkie i znajome, choć nie do końca rozpoznawalne. Przy wejściu zwinięty w kłębek na szezlongu spał tłusty czarny kot. Przeciągnął się leniwie, rozcapierzając pazury, po czym z gracją zeskoczył na podłogę. Przeszedł przez namiot jak właściciel tego miejsca i wskoczył na stół, który aż zaskrzypiał pod jego ciężarem. Pochylił się nad szklanką, która – przysięgłabym, że jej tam nie było – stała tuż obok kuli dyskotekowej. Zanurzył pyszczek w mlecznobiałym drinku w oliwką.

– Ej! – Spróbowałam go odgonić, pochylając się w jego stronę.

– To nie martini – stwierdził z wyrzutem, oblizując wąsy.

– To sen o martini.

Zawiesiłam rękę w powietrzu.

– Słucham?

– Widzisz oliwkę? – Trącił szklankę łapą. Zielona kulka zanurzyła się i wypłynęła na powierzchnię, wirując leniwie. – Smakuje jak oliwka. Pachnie jak oliwka. Ale oliwką nie jest. Bo to nie martini. To sen o martini.

Kot przyglądał mi się uważnie, jakby oceniał, czy to do mnie dotarło.

– A więc? – Zerknął na mnie spode łba. – Chcesz znać swoje przeznaczenie, czy będziemy tak siedzieć i kontemplować iluzję alkoholu?

Kot znowu oblizał wąsy i usiadł na stole, zawijając ogon wokół jednej ze swoich ośmiu łap.

– Jak to działa?

– Proste. – Stuknął pazurem w dyskotekową kulę. – Siadasz. Czekasz. Piłka mówi, co z tobą będzie.

Absurd. Całe to miejsce było absurdem.

– No dobrze – westchnęłam, poddając się bez walki. – Dawaj. Jakie jest moje przeznaczenie?

Kula zawibrowała, zamigotała wszystkimi kolorami naraz i z cichym ping! wypluła paragon. Pochyliłam się i podniosłam go ostrożnie. Zwykły, termiczny papier, lekko ciepły w dotyku. Czarny nadruk z pewnością wyblaknie w ciągu kilku miesięcy.

Twoje przeznaczenie: brak snów – powiedziała kula. – Dziękujemy za zakupy!

Zaśmiałam się sucho.

– Bardzo zabawne.

– Masz tu też kupon rabatowy na sen o winnicy w Toskanii.

– Kot pewnie wzruszyłby ramionami, gdyby tylko mógł. – Współczesne czarownice wróżą z kul dyskotekowych. Takie czasy.

– To co teraz? – zapytałam.

Kot zeskoczył ze stołu.

– Teraz pewnie się obudzisz.

– Ale ja nie śpię.

– No właśnie. – Zaczął lizać łapkę. – O, jeszcze reklamy.

W tym momencie przestrzeń wokół mnie zadrżała i rozbłysła neonowym światłem. Z sufitu opadły kolorowe banery i ulotki, unosząc się w powietrzu jak konfetti. A potem rozległ się znajomy głos:

Nie masz snów? Nie martw się!

Kot spojrzał na mnie współczująco.

– To zawsze się włącza na końcu.

Już teraz możesz kupić dodatkowy pakiet marzeń nocnych w naszym sklepie! Kliknij tutaj, aby się zarejestrować i odebrać pierwszy sen gratis.

Spojrzałam na paragon. Kod rabatowy migał zachęcająco.

– Przecież to oszustwo! – zagrzmiałam, zgniatając papier w dłoni.

– Nie, po prostu zapłaciłaś za coś, czego i tak nie miałaś. – Kot ziewnął. – Teraz masz to samo, ale w lepszym opakowaniu.

– Czyli?

– Teraz masz oficjalnie brak snów. Z certyfikatem. Gratulacje. To coś w rodzaju licencji premium.

– Cudownie.

– Kupowanie to stan umysłu. – Kot przeciągnął się i wskoczył na szezlong, zwijając się z powrotem w kulkę. – Tak jak spanie. Lub jego brak.

 

Namiot nagle stał się duszny. Powietrze zgęstniało, a muzyka z zewnątrz brzmiała teraz przytłumienie, jak zza grubej ściany wody. Czułam, jak krew mi pulsuje w skroniach.

– To już koniec?

Kot otworzył jedno oko.

– No pewnie. Wychodzi się tamtędy.

Spojrzałam w kierunku, który wskazał ogonem.

Nie było tam drzwi, ale neonowa reklama. Śnij z nami! Pierwszy miesiąc za darmo! Z kodem: BEZSENNOŚĆ –10% na pierwszy zakup.

Pod spodem: Zamknij reklamę (X).

Nacisnęłam. Nic się nie stało. Kot zwinął się w kłębek i mruknął:

– Mówiłem, że na koniec są reklamy.

 

Natalia Dobroń – czarownica, pisarka i pogromczyni edytorskich demonów. Kolejność zależy od fazy księżyca. Można ją znaleźć na Instagramie na koncie @wiedzma_pisze.