Bez łodzi i radia czas stanął w miejscu. Byli pewni, że pomoc wkrótce się zjawi, ale dni mijały i nikt nie przypłynął. Musieli żyć dalej. Pochylali się nad książkami, gotowali obiady i chodzili spać po zmroku. Zamknięto szkołę i niedługo potem znowu kazano uczniom chodzić na zajęcia. Na poboczach dróg stały porzucone samochody. Ścieżki w lesie pogłębiały się od śladów stóp.
Eleonora próbowała wymyślić rutynę na nowo. Nie odnajdywała się już w codziennych rozmowach, skupionych wyłącznie wokół przypadłości wyspy. Eryk niechętnie spędzał z nią czas. Miał słońce, które malował na płótnie, i urządzenia, które bez skutku próbował przywrócić do życia. Eleonora pozwoliła mu zająć się własnymi sprawami.
Zdarzały się dni, gdy tylko jej własne imię układało się w spójną całość. Powtarzała je na głos, próbując nowych sposobów na przedstawienie się nieznajomej osobie. Dla każdego mogła być inną Eleonorą.
*
Mieszkańcy wyspy regularnie zbierali się w ich domu.
Eryk źle znosił stres związany z przemawianiem przed większą grupą. Czuł jednak, że musi wypełnić swoją misję. Eleonora dotrzymywała mu towarzystwa, kręciła się obok, przygotowywała przekąski. Kiedy ktoś zapukał, otwierała drzwi. Goście przynosili ze sobą ciężkie, leśne zapachy. Eleonora marzyła o przyjaźniach, jakie mogłaby wśród nich znaleźć.
Eryk łapał ją wtedy za ramiona i patrzył prosto w oczy.
– Musisz się skupić. Potrzebuję wsparcia – mówił. Albo: – Od tego spotkania zależy, czy uda nam się uciec z wyspy.
Opowiadał o tym, że zatonęli po drugiej stronie tafli wody. Tłumaczyło to znikające łodzie, głosy z radia. Eryk twierdził, że słońce, które wstawało każdego dnia, odcinało ich od reszty świata. Wobec tego malował własne światło. Przedstawiał gościom swoje obrazy: drżące plamy żółci na czystej bieli. Uspokajały się dopiero pod dotykiem człowieka.
Mieszkańcy wyspy łaknęli obietnic, a Eryk zapewniał ich, że mają przed sobą źródło życia. Wierzyli mu na słowo i przystawali plecami do płótna.
*
Niektóre miejsca okazały się odporne na odosobnienie. Supermarket pozostawał otwarty i działał bez usterek. Automatyczne drzwi i szum klimatyzacji uznawane były za elementy natury. Mieszkańcy wyspy musieli robić zakupy, musieli mieć też okazję, żeby powiedzieć sobie „dzień dobry”.
Eleonora kupowała tam ulubiony sok marchewkowy i świeżą sałatę. Poza tym chodziła między alejkami i wypatrywała pamiątek z innego świata. Kartkowała gazety sprzed dziesięciu lat. W programach telewizyjnych czytała o filmie, który przez tydzień leciał bez przerwy na wszystkich kanałach. Było jasne, że nie mieli za czym tęsknić.
Pozwalała sobie obserwować innych klientów dopiero wtedy, gdy stała w kolejce do kasy. Zachwycała się czyjąś burzą czerwonych loków, pieprzykiem na brodzie albo kapeluszem z piórami. Z uśmiechem witała też kasjerkę. Za krzesłem kobiety, wśród ulotek i kuponów, zawsze stał czerwony telefon. Któregoś dnia odezwał się donośnym brzękiem.
Kasjerka podniosła słuchawkę i wymamrotała do niej kilka niewyraźnych słów.
Eleonora czekała, bawiąc się naklejką na butelce soku.
– Ma pani działający telefon – zauważyła.
– Oczywiście, że tak. Podać coś jeszcze?
– Nie, dziękuję – powiedziała Eleonora. Nie chciała wstrzymywać kolejki.
*
Nocami polowali na świetliki. Przemierzali wyspę w grupach albo samotnie; niektórzy bezszelestnie, inni z dzikimi okrzykami. Trawa łaskotała ich w kostki, kamienie raniły po gołej skórze. Na chwilę byli wolni od przepowiedni.
Eleonora biegła tuż za nimi. Skakała nad strumykami i odtrącała gałęzie, aż potknęła się o własne nogi. Nie miała ochoty wstawać; zamiast tego ułożyła się w miękkiej trawie i obserwowała. Inni tropiciele podchodzili do zadania bardziej zawzięcie. Łapali świetliki, jakby potrzebowali ich, żeby przetrwać. Światłem zamierzali nakarmić supermarket i farby Eryka, naprawić samochody, zbudować nowe łodzie. Wyrywali sobie słoiki, szarpali się za włosy i kończyli w ciasnych uściskach.
Eleonora wyobraziła sobie, że naprawdę utknęli pod powierzchnią wody, obróceni do góry nogami i zaplątani w trzcinie. Opuszkami palców mogła dotknąć księżyca, wygładzić wzburzone fale. Usłyszała, jak ludzki głos odpowiada na wilcze nawoływania z głębi lasu. Bez żalu wróciła z powrotem na ziemię.
Noc otwierała wyspę na inne światy. Pod jej sklepieniem nie było ani jednego samotnego głosu; nie znalazłby się tańczący bez towarzysza. Eleonora wiedziała o strachu tylko dzięki opowieściom. Jeśli miałaby ochotę, mogłaby postawić stopy na tafli wody i pobiec na przeciwny brzeg.
Oliwia Borowiec – rocznik 2001, absolwentka filologii polskiej na Uniwersytecie Wrocławskim. Interesuje się literaturą gotycką i kinem grozy. Publikowała w magazynach internetowych Szajn i Kwintesencja.