14 lipca 2024

Zegarki
Roksolana Zharkova

Wersja audio

 

kobietom

takim jak Mary Wigman

dla N.S., która pewnego dnia zainspirowała mnie do odejścia

 

Parkiet jest zbyt śliski, cisza za oknami zbyt głośna, linia światła z ulicy zbyt nierówna, wkradająca się do pokoju, wypełniająca wnętrze zbyt kłującym blaskiem. Kasia próbuje zrobić kilka niesłyszalnych kroków, próbuje potoczyć piłkę po podłodze, próbuje rozprostować nogę niczym wskazówkę zegara. Tego, który na korytarzu przesypuje minuty przez zbyt drobne sito swojej tarczy. „Zrób mi północ” – Kasia przypomina sobie nagłą prośbę kobiety o czarnych włosach i przejrzałych jagodowych ustach.

Niech będzie piętnaście po szóstej, dokładnie piętnaście po szóstej… Kasia patrzy spragniona na zdjęcie tej kobiety, upijącej kilka łyków zgniłej wody z jeziora Maggiore w Monte Verita, gdzie ta kobieta (tak, to ona) pokazuje całemu światu piętnaście po szóstej, gdzie odważnie pokazuje światu swoją złotą godzinę.

– Można to zrobić bez muzyki… Nawet powinno się to zrobić bez muzyki!To powinien być drążek, przy którym uczą się stawać swoimi własnymi zegarami.

– Bądź idealnie wyprostowana! Musisz brzmieć. Zrób to, jak trzecia trzydzieści nad ranem, dziewczyno…

Codzienne próby łamią Kasi kości, przecinają ścięgna i zakrwawiają skórę.

– Dziewczyny, pamiętajcie o kontrastach w ruchu! Radość z bólem, miłość z nienawiścią, uśmiech z krzykiem! – tłumaczy kobieta, powoli przyglądając się oczom i kościom policzkowym, klatce piersiowej i obojczykom, brzuchowi i kolanom bladej nie do poznania Kasi, która niemal mdleje, gdy Frau Wigman tak na nią patrzy.

– Poczujcie dysonanse, poczujcie jak wasze zakrwawione mięśnie rozrywają się na drobne kawałki, poczujcie jak wasze ciała topnieją i robicie się duchami sceny!

Kasia drży, po jej plecach spływa strużka potu, spływa po pośladkach aż do jedwabnych majtek. Kasia jest zawstydzona, jakby ktokolwiek zauważył łódeczkę, tak małą pod jej mokrymi żaglami.

Na zajęciach tanecznych jest duszno. Rytmiczne oddechy dziewcząt czasami zamierają od fali głosu Frau Wigman.

– Ręce! Ręce! Wyobraźcie sobie, że to gałęzie drzew…. Gałęzie!

Kasia napina palce tak, że konwulsyjnie drżą, przywierając do gałęzi cudzych drzew – do palców Hani i Maryli, do tych obok niej, do tych, które też próbują dotknąć białego wapiennego sufitu. Bolą ją plecy, a pęcherz wypełnia się jękiem, który musi jakoś uwolnić, gdzieś zgubić. Kasia spieszy się do toalety.

Wybiega z pokoju, gdzie ciała lepkie od potu parują gęsto, gdzie palce przebijają przestrzeń przed tobą, gdzie czujesz się winna własnej bezsilności, ugniatając ją jak ciasto na blacie, a ona przykleja się do ciebie, przykleja i przykleja.

Spuszczając wodę, Kasia rozpoznaje głos zatoki w labiryncie kanalizacji, głos brzegu, gdzie okrągłe i prostokątne fale zderzają się ze sobą, gładkie i kłujące, zygzakowate i spiralne, nowe i stare, trochę zużyte. Kasia słyszy słoność zatoki, która łączy ludzi i morze, stając się chwiejnym mostem przejść i przepraw.

Kasia myje ręce jak gałęzie, by znów móc sięgnąć sufitu. W kranie słyszy szum morza, przerywany i trochę żałobny. Ci, którzy mieszkają najdalej od morza, są tymi, którzy mieszkają najbliżej niego, powtarza zdanie matki i w końcu rozumie ten dysonans. Nie miał czasu. On nigdy nie zabierał jej na wakacje do swojego nadmorskiego miasteczka, nigdy nie wziął jej na plażę, nigdy nie uczył jej pływać.

Wraca i nadal jest drzewem. Wyrasta z błyszczącego, wytartego niemal do dziur parkietu. By pilnować swojego drzewa. Dalej słyszy morze przez ściany, dalej wie, że nie bulgocze gdzieś obok, że jest hałaśliwe – nad naszymi głowami, nad naszymi gałęziami.

– Zrób piętnaście po szóstej – kobieta o czarnych włosach wciąż unosi się nad głową Kasi jak poszarpana mewa.

Mów swoim ciałem o godzinach, nad którymi czas nie ma kontroli. Mów swoim ciałem o morzu, w którym nigdy nie pływałaś. Mów ciałem o dniu, w którym opuścił cię ojciec. Mów ciałem o chwili, w której zapomniał o tobie i twojej matce, zapomniał albo nigdy nie pamiętał. Mów, jeśli potrafisz.… mieli kiedyś w domu żółty zegar fosforowy. Świecił w ciemności, miał dwie wskazówki i dwanaście kropek. A mama nosiła na nadgarstku mały srebrny zegarek bez baterii. Nosiła zegarek bez godzin. Jakby wszystkie godziny wysypały się jak ziarna z dziurawego woreczka, jak monety z kieszeni, jak słowa z gardła.

Za chwilę Kasia będzie mogła pokazać światu swój czas. Wszystkie godziny, swoje i swojej matki. Obiecała, kiedy była malutka, że znajdzie czas.

Frau Wigman mówi, że można to zrobić bez muzyki. Nawet koniecznie bez muzyki. Kontrasty, dysonanse, ekspresja – to jest właśnie prawdziwy sens!18:15

18:30

Kasia trwa jako drzewo. Nerwowo odwraca się i dalej jest drzewem. Wyrastającym z błyszczącego, wytartego prawie do dziur parkietu.

 

Roksolana Zharkova – ukraińska pisarka, eseistka, krytyczka literacka. Feministka, badaczka kobiecego pisarstwa i cech sztuki kobiecej. Absolwentka filologii na Lwowskim Uniwersytecie Narodowym im. Iwana Franki. Uczestniczka, finalistka i zwycięzeczka wielu krajowych i międzynarodowych konkursów literackich i artystycznych. Autorka zbiorów poezji „SłuchaTy – morze” (2015), „Ręce i słowa” (2017), „Wszystkie moje ptaki” (2019), tomików opowiadań i półpowieści „On pachnie jak ty” (2017). Opowieść „Zero całości, zero dziesiątek”, która wygrała w V Ogólnoukraińskim konkursie literackim im. Hryhora Tyutyunnyka (Kijów, 2021), opowiada historię bohatera z okupowanego Ługańska. Bada traumatyczne doświadczenia kobiet w tekstach literackich, porusza kwestie związane z wojną, migracją, uchodźcami, analizuje problem granic w literaturze i sztuce. Tym zagadnieniom R. Zharkova poświęciła swój najnowszy zbiór opowiadań „Biegnij, Eurydyko!” (2023).