Zasada dwóch wędrowców głosi, że szansa spotkania rośnie, gdy obie strony są w ruchu. Czekanie nie sprzyja przypadkowi — trzeba się ruszyć, by spotkać drugiego. Najważniejsze jest spotkanie.
Zawsze potrzebujemy Drugiego. Na przykład: dwóch dźwięków. Są wyjadacze w Jaka to Melodia, którzy biorą po jednej, ale ta pierwsza nutka przecież w głowie prowadzi do kolejnej. Trąbka Milesa Davisa musi zrobić: tuu-tu… Tuu-tu. Samo Tu nic nie znaczy, musi to być Tutu. Nawet Samba de uma nota só to po prostu malandragem, cwaniactwo, zabawa, a zresztą, nawet gdybyśmy naprawdę chcieli zrobić sambę z jedną tylko nutką, i tak musielibyśmy zaakceptować istnienie składowych harmonicznych, czyli innych dźwięków, które rezonują obok tonu podstawowego. Wszechświat po prostu został zaprojektowany do obcowania z Drugim. Nie chcę się zagłębiać w negację pierwotnej materii ani język nauki, chodzi mi tylko o to, że jeśli namalujemy czarny kwadrat, to i tak zaistnieje on na jakimś płótnie, być może w jakiejś ramie, zapewne w jakimś miejscu i kontekście. Wyemancypowanie go do abstraktu raczej nigdzie nas nie doprowadzi, jeśli w ogóle byłoby to możliwe.
To samo tyczy się ludzi. Oczywiście istniejemy sami, a podróż jest piękną samotnością — jesteśmy jedno osobowym statkiem kosmicznym, który, to prawda, poznajemy z coraz większą precyzją, jednak do które go nikt inny nigdy nie wejdzie. Ale sam-człowiek jest abstraktem, a może bestią, albo bogiem. W zasadzie nie da się mówić o człowieku bez mówienia o Drugim. Jeśli przesuwamy suwak na czarno-białym zdjęciu, raz mamy zdjęcie całe czarne, raz mamy zdjęcie całe białe, wtedy w tych dwóch ekstremach nie ma żadnej informacji, jest tylko abstrakt. Materia prima. Ale w każdej innej pozycji, dopuszczając istnienie drugiej siły, odkrywa się znaczenie, coś się objawia, kiedy zaczynamy balansować między blaskiem a czeluścią. Takich suwaków w naszym życiu jest bardzo dużo. I właśnie dlatego piszę — jeśli ja jestem po jednej stronie, a ty po drugiej, wpuszczam do przestrzeni pomiędzy kolejny punkt, który znajdzie swoją pozycję na tej osi, to katalizacja naszego spotkania, i nawet jeśli ty się nie poruszasz, to szanse właśnie przestały być zerowe. Niespotkanie… Ile smutku jest w tym słowie! Spalone manuskrypty, niewypowiedziane słowa, plotki zabrane do trumny.
Stare źródła mówią, że co ma wisieć, nie utonie, ja wolę wersję z kto, bo ta pętla losu na szyi jest jakaś taka bardziej przekorna. Z drugiej strony, 62 odcinek Naruto nauczył mnie, że determinizm nie istnieje, i nie musi mi tego tłumaczyć Dragan, zresztą on by mi jeszcze powiedział, że jeśli zrozumiałem, to tak naprawdę nie zrozumiałem. A czasami nie trzeba rozumieć, żeby wiedzieć. W tym niezdecydowaniu metodologicznym przychodzą do mnie dwa wnioski. Pierwszy jest taki: na każde przysłowie istnieje kontr-przysłowie, i musimy ich używać zgodnie z naszym interesem. To tak, jak ze znakami zodiaku, tarotem, przesądami, czy każdym innym instrumentem do obcowania z czymś, co roboczo możemy nazwać Misterium: jeśli nie podoba ci się horoskop, są to bzdury, lecz jeśli masz idealne połączenie w Trójcy Świętej (słońce, ascendant i księżyc) z osobą crusherską, to los Was połączył, Jah błogosławił. We Wspomnieniach pośmiertnych Brasa Cubas, Machado de Assis tak pisze o przypadku ambitnego fidalga, który zarzucił potężny awans polityczny, bo miał dostać nominację dnia trzynastego: „Toleruje się tani czy błahy przesąd; a taki, co zabiera ci część życia, jest nie do zniesienia”.
Drugi morał jest taki: trzeba więcej tworzyć, a mniej analizować, i koniecznie rozdzielić te dwa procesy. Przypomniał mi o tym Rick Astley, kiedy jadłem schabowego w barze w Ustce. Na dosyć dużym telewizorze przy ladzie lecą kultowe teledyski, charakterystyczna perkusja sprawia, że odwracam głowę, ryży młodzieniec zaczyna tańczyć, raz w trenczu, raz w koszuli, raz pod płotem, raz pod mostem, tańczą jakieś dziewczyny, barman też tańczy, barman to nawet zajebał salto. Kiedyś Rick opowiadał o powstawaniu tego klipu: spakował ulubione ciuchy, zatańczył bez choreografii, po prostu to zrobili — i jestem pewien, że wiele pięknych rzeczy powstało właśnie w takim duchu. I właśnie dlatego piszę: różne przepływy wprawiają mnie w różne stany, Naruto dodał mi dynamiki, Dragan mnie wkurwił, a Rick dał mi radość, i ten schabowy… Skumulowałem w sobie energię, która musi zostać przekazana. Co prawda, łatwiej powiedzieć niż zrobić, często późniejsza analiza odbiera mi odwagę do działania, wtedy ratuję się wcześniejszą zasadą o działaniu na własną korzyść i stawiam sobie tarota, którego interpretacja będzie miała za zadanie motywację do publikacji tekstu. Dobrze jest mieć takie mechanizmy dmące wiatr w żagle.
Człowiek musi się wyzwolić — a także — odzyskać prawdę — oraz — odzyskać siebie — co więcej: musi tak być. Nie wiem, jak wygląda całkowite wyzwolenie, ale sam proces wyzwalania umysłu, ciała i duszy skutkuje uzewnętrznianiem. Jest to naturalna konsekwencja zmiany przepływu energii, która zaczyna się wytwarzać wewnątrz i musi znaleźć ujście, zamiast tylko czekać na przyjęcie energii ze świata zewnętrznego. Być jak Rick Astley… Nie wstydzić się więcej… Kiedyś, w autobusie, w drodze na kolonie, usunąłem pod presją starszego, siedzącego obok kolegi, wszystkie mp3 Hanny Montany. Miał czapkę z płaskim daszkiem z przyklejoną połyskującą naklejką, to był uliczny certyfikat prawdziwego hip-hopu, wyśmiał mnie wtedy, nie miałem jak się bronić, nie miałem ekwiwalentu takiej czapki. Dzisiaj też mogę swobodnie pisać tylko, jeśli skupię się na oddaniu własnej energii, bo w innym wypadku nie zdecyduję się na żadne słowo, przejmując się tym, co przyjdzie zewnątrz.
Trzeba się przy tym dobrze rozpędzić, żeby znowu nie wpadać z jednej pułapki w kolejną: w rozważania nad auto-performęsem, autokreacją, nad warstwami ironii — to już tylko auto-sabotaż i łamanie jednej z dwóch podstawowych zasad, żeby dobrze się bawić. Jestem z jakiegoś takiego mistycznego pokolenia, którego uczepieni są ludzie bojący się zmieniać ustawienia w telefonie i wyszukujący „google” w Google, a z drugiej strony, to samo pokolenie próbuje nadążyć i pochwycić za kołnierz trochę konserwatywną, a trochę odklejoną młodzież. Dzięki temu jestem podwójnym agentem, mam międzypokoleniowy Kamień z Rosetty: jednocześnie korzystam, czerpię z brainrota, ale mam też Facebooka. Tranzytując między wielopokoleniowymi warstwami internetowej cebuli, jest jedna rzecz, która się nie zmienia (a być może pogarsza) i paraliżuje każdego twórcę: tak łatwo jest stracić entuzjazm i zasmucić się, kiedy szukamy afirmacji naszej działalności, napotykając głosy często nawet nie z intencją krytyki, ale rozochocenia, wyeliminowania. Trzeba całkowicie ominąć tę warstwę, przestać prosić o pozwolenie na utrzymanie się na powierzchni, tylko płynąć we własnym kierunku. To jest też jakaś szansa na znalezienie własnego głosu.
Dlatego pisanie jest wrzuceniem kolejnego Beybleyda do pudełka po klockach, niech rzeczy się dzieją, zderzają, abecadło kolizji, apologia ruchu, przy tym trochę zabawy. Pisanie to ruch — a zwłaszcza to opublikowane. Ostatnio spotkałem Krystiana, stało się to dlatego, że pomogłem przypadkowi i zapisałem się na jego warsztaty pracy ze słowem. Bardzo dobrze się bawiłem, ale dopiero dzisiaj rozumiem tamto spotkanie: to był vin-dit, czyli nagłe pchnięcie w stronę bokononizmu. Owocem warsztatów było krótkie opowiadanie i wszyscy napisali tak piękne i tak różne rzeczy, że Żoliborz przez chwilę był najważniejszym miejscem we Wszechświecie. Ostatnio byłem też w trwającej około tydzień obsesji, podczas której obejrzałem kilka godzin różnych odcinków brazylijskiego programu Provocações, o formule prowokującego rozmówcę wywiadu, i legendarny prezenter Abujamra w którymś z openingów powiedział: 8 lat programu, 8 lat. 8 lat temu mówili, że w Brazylii nie ma tylu ciekawych ludzi, żeby prowadzić taki program przez tydzień, a minęło już 8 lat i przed nami jeszcze około 170 milionów Brazylijczyków. Stary cenzus, ale przesłanie aktualne i godne globalnej aplikacji.
Czasami przejście na drugą stronę ulicy jest wielką przeprawą, zwłaszcza, gdy czujemy zbyt wiele, jak pisał mdlejący na myśl o podróży Fernando Pessoa. Wędrówki pomagają, ale też uczą braku ucieczki od walki, którą musimy wygrać wewnątrz. Musimy być bardziej jak Neo w Matrixie, którego Wyrocznia prowadzi nie w kierunku tego, co ma zrobić, tylko w kierunku zrozumienia, dlaczego chce to zrobić. Ważne, byśmy w jakiś sposób generowali ruch i przepływ. I oto powód dlaczego piszę: chcę pomóc losowi w generowaniu prawdziwych spotkań, potrzebujemy tego jako ludzie. Jeśli wyślę reelsa, wygeneruję podwójne kliknięcie w ekran i małe, czerwone serduszko, life-support wielu relacji. Ale może… może jeśli się wyciszę i posłucham tego, co mam w środku i znajdę sposób, żeby to przekazać, może wtedy osiągnę coś więcej. Dużo się rozmawia o inwestowaniu w ogóle, mam nadzieję, że także będziemy mówić trochę więcej o inwestowaniu w pisanie wierszy, albo w kluby książki…
Trochę ubolewam, że przychodzi mi pisać w epoce sztucznej inteligencji. Ireneusz Kania pisał, że dobry pisarz powinien być trochę konserwatywny i mieć jakiś problem z otaczającym go światem. Nie pretenduję — otwieram się na nowość, a nawet ją celebruję: oto wygenerowane ku chwale dnia dzisiejszego zdanie:
Niech dzisiejszy dzień będzie jak ciepły promień słońca na twarzy — niespodziewany, łagodny i pełen obietnic, które dopiero mają się spełnić.
A prompt pozostanie już moim autorskim sekretem. Ale nie chcę drwić na koniec ani robić z nikogo trąby, bo jestem ci naprawdę wdzięczny i liczę na to, że zasadziłem ziarenko pięknego spotkania, o którym jeszcze nic nie wiem.
Julian Konopelski — wielki zderzacz pomysłów. Specjalista w niektórych dziedzinach, w innych mniej, dzięki czemu zasłynął wśród określonej grupy osób. Jednym z jego marzeń jest nauczyć się grać na klawiszach, ale też na trąbce (potrzebny przypis). Różnorodną twórczością dzieli się m.in. na Instagramie pod adresem @1ulian.