Podwójność znam i pochłaniam. Mnogość nie ma w niej miejsca. Pachnie papierosami, smakuje jak trup. Znam ją nie od dziś. I nie od dziś ukochałam ją sobie najbardziej.
Podwójność znam i pochłaniam. Mnogość nie ma w niej miejsca. Pachnie tanim winem, smakuje jak trup. Znam ją nie od dziś. I nie od dziś znienawidziłam ją najbardziej jak potrafię.
Bo kto nie kocha tchórzów? Kto nie kocha tych, co idą za sercem rwącym się do ucieczki? Kto nie kocha tych, co pozostają się w cieniu, unikając życia jak żrącej lawy? Bo kto nie kocha głupich? Tych, co idą pod pociąg jak w ramiona matki? Tych, co zapominają w szale o własnym imieniu? Tych, co tańczą aż do zdarcia pięt i wrzeszczą aż do zdarcia gardła? Jeśli nienawiść to miłość i jedna od drugiej nie różni się wcale, to kocham ich i nienawidzę bardziej, niż mogę. Bardziej niż chcę. I bardziej niż potrafię.
Podchodzi do mnie, wdrapuje się do łóżka, pełznie po mokrej podłodze. Nie prosi, nie wymaga, nie patrzy błagalnie. Ma lekko nadgniłe palce. Nieznacznie, tylko na koniuszkach. Włosy potargane, oczy zaspane, śmierdzi niemiłosiernie. Tak się poznajemy. On obok mnie, ja obok niego. I chodzimy razem za rękę, on obok mnie, ja obok niego. Przechadzamy się po parku, po ulicach, po moim domu, po ciemności i samotności. Czekam, aż sama przejdę pleśnią.
Czasami łatwo zapomnieć, że to zło wcielone. Wychodzi na powietrze, czyta książki, je, nie śpi za dużo, zmienia ubrania co rano. Czasem wychodzimy na spacer, na pocztę, na bazar. Zwykle po wschodzie, kiedy tylko desperaci załatwiają sprawy. Lubi też ptaki, lubi, kiedy śpiewają. Mnie zawsze wprawiały w niepokój. Zapowiadały kolejny dzień, kolejne godziny. A kolejnych godzin coraz bardziej się boję. On jednak z dziecinną radością wsłuchuje się w śpiewy i szuka wzrokiem kosów. Tutaj jest ich najwięcej. Kiedyś były też wróble, ale wyginęły.
Rozmawiamy o rzeczach niewinnych, unikając tych przykrych, codziennych. Opowiada mi o książkach (sama od dawna nie czytam), pyta o pracę, nazywa kwiaty, które zgniatamy stopami. Wpadamy wtedy w beztroski nastrój, choć na chwilę, ślepi jak noworodki, martwi jak starcy. Wydajemy się szczerze szczęśliwi — na tyle, na ile możemy. Mówi mi, że to miły dzień, że uwielbia słońce, że chciałby wyjechać do Wiednia, zobaczyć katedrę i te fontanny, w których utopił fortunę na szczęście. Mówi, że to miły dzień. Potem tylko szeptem, pod nosem coś mamrocze. Tak, żebym nie słyszała. Sam pewnie też nie chce słyszeć. Potem tylko szeptem mówi, że to miły dzień na zwisanie z drzewa. Na pętlę na szyi.
I tak mijają kolejne dni, tygodnie, miesiące. Zapadam się w czasie, nie pamiętam już, jak się nazywam, coraz bardziej chcę, żeby to się skończyło. Huczy mi w czaszce, trzeszczy między zębami. Rozkładam się od wewnątrz.
A potem budzę się rano, parzę kawę i patrzę jak zwykle na ścianę. Widzę kolory. Słyszę melodię samochodów i cichy zgrzyt lodówki. Widzę wyraźnie. I wyraźnie słyszę dzwonek do drzwi. Patrzę na niego, jak wypełza spod łóżka nadal zaspany i zdziwiony, że sama mam siłę wstać. Obydwoje wiemy, kto przyszedł. On topi się w strachu, ja topię w ekscytacji. Za drzwiami Ona. W pełnym makijażu, z oczami jak dwa księżyce i trzema walizkami wypchanymi po brzegi. Zapraszam ją potulnie, podsuwam krzesło, nalewam wina do filiżanki, wszystko ostrożnie, byle tylko jej nie wypłoszyć. I witam z otwartymi ramionami karnawał, który ze sobą przynosi.
Na chwilę zaglądam pod łóżko. Do jego nory, śmierdzącej dziury w moim mieszkaniu. No śmiało, nawrzeszcz na mnie, powiedz, że cię zraniłam, zostawiłam, że mi nie wybaczysz. Wypluj z siebie chociaż ułamek nienawiści, chociaż kropelkę jadu, malutką, dziecinko. Nie płacz, nie szlochaj, powiedz, jaką jestem kurwą i jak mnie nienawidzisz. Że jestem niesprawiedliwa, okrutna. Zupełnie zimna. Chcę widzieć, jak wrzeszczysz, jak cały czerwieniejesz z wściekłości, jak ręcę drżą ci, kiedy próbujesz je powstrzymać przed… Mam dosyć twojej słabości. Mam dosyć tego, że nawet wstać z kolan ci się nie chce. Chcę, żeby życie wylewało się ze mnie przez gardło, aby myśli nie nadążały za czynami, aby wreszcie skończyła się ta martwota. Twój czas się skończył. Na dłoni wyrasta mi kwiat. I nie zdepczesz go, bo jak zawsze nie masz siły.
A Ona czeka w korytarzu, gotowa do wyjścia, gotowa na swoje szaleństwo, gotowa na wszystko. Zabiera mnie za rękę z zalotnym uśmiechem, głodnym i nienasyconym.
Włóczymy się po tramwajach, po barach, po lasach, po mieszkaniach. Wszystko jest szybkie, nieuchwytne, myśli galopują z prędkością światła, spojrzenia toną w obiektach, dotyk błądzi gdzieś po przestrzeniach. Moja najdroższa przyjaciółka nalewa mi kieliszki, podsuwa kreski, podsuwa dłonie, zaprasza do tańca i do różańca, do modlitwy i do zbrodni. Nic nam nie zagraża, a czas leży nam u stóp. Trzymamy się za ręce, kiedy ustami wpijam się w nieznane twarze, kiedy zataczam się w pustych ulicach, kiedy potykam się o własne nogi, bo nie mam siły biec dalej. Bal nad bale, maskarada. Tańczę jak szalona. Bo w głębi jestem szalona. I jak nigdy jestem z tego dumna.
Czasami łatwo zapomnieć, że to zło wcielone. Maluje mi usta na czerwono, czesze włosy, zaplata warkocze. Nigdy nie nauczyłam się pleść warkoczy. Pokazała mi to właśnie Ona. Lat 14, czerwcowy wieczór, upał. Miała długie, mysie włosy, zawsze lekko poplątane, ale pod kontrolą. Przeczesywała je palcami przed domem na schodach. Pod moim łóżkiem. W cudzych mieszkaniach. Dzieliła włosy, wygładzała kosmyki i przekładała je.
Jeden z prawej, jeden z lewej. Potrząsała głową, znowu przeprowadzała przez włosy palce i odchylała się w moją stronę. Robiłam wszystko jak ona, jak lustro wierniejsze niż najprawdziwsza opowieść. Dzieliłam, wygładzałam, przekładałam. Nie pomyliłam się ani razu. Ale warkocz zawsze wyglądał obrzydliwie. Jak supeł. Mimo że do tej pory próbuję robić to sama, do tej pory nie ścinam włosów, by móc je codziennie wieczorem zaplatać. I do tej pory nie plotę warkoczy, tylko koślawe, roztrzepane, obrzydliwe supły. A ona śmieje mi się w twarz i już nawet nie udaje, że kiedyś się nauczę.
Potem tylko szeptem, pod nosem coś mamrocze. Tak żebym nie słyszała. Myślę, że mnie chwali, jakżeby inaczej. Wlewa do uszka słodkie słówka, właśnie te, które chcę usłyszeć. Nic nie stoi mi na przeszkodzie, jestem wszechmocna, niezniszczalna, niepokonana, wybrana i naznaczona. Co się więc stanie, jeśli dziś, jutro i już zawsze wypiję za dużo? Co się więc stanie, jeśli zostanę w tej bajce chwilę dłużej? Co się więc stanie, jeśli skoczę pod tramwaj?
I nagle migawka się zapada. Koniec światła. Klisza się skończyła. Upadam, spadam, ląduję roztrzaskana, na zbity pysk. Wszystko jest szare. Wyblakłe. Martwe. Nie słyszę już muzyki, tylko biały szum. Nie myślę o sobie wcale, bo boję się tego, co gnije w moim środku.
Mówię sobie: No śmiało, nawrzeszcz na nią, powiedz, że mnie zraniła, zostawiła, że jej nie wybaczę. Że dała mi nadzieję, życie, magię, szał, karnawał. Że jest kurwą, bo odeszła zostawiając tylko popiół i pleśń, która znowu zalega mi w mieszkaniu. W brudnych kieliszkach. Brudnej pościeli. Brudnych myślach. Brudnym życiu. Ale jej czas się skończył. I żadna z nas nie ma sił, by go zawrócić.
A On znowu czeka pod łóżkiem.A Ona znowu czeka za drzwiami.A ja tańczę między ich ramionami, kochając ich i nienawidząc jednocześnie.
Ilja Stefaniak — pisarka i malarka, studentka filozofii i komparatystyki. w wolnych chwilach włóczykij, ale przede wszystkim czuły obserwator rzeczywistości.