Do tej pory słyszano jedynie plotki na ten temat. Mieszkańcy Krakowa, przyzwyczajeni od dawna do turystycznych bajeczek, nie przejmowali się tym zbytnio. W końcu od wieków nad miastem wisiała już jedna legenda: o straszliwym smoku grasującym u podnóża wzgórza wawelskiego. Ignorowali wieści o tajemniczej trójce, która miała wpływać na mieszkańców, szczególnie dzielnic położonych najbliżej Rynku. Przyszła jesień, a wraz z nią szary smog, na który większość ludzi zrzuciła winę za powstałą sytuację.
Sara jechała, jak codziennie o tej porze, tramwajem numer 4, miała wysiąść na przystanku Stary Kleparz, ale drzwi pojazdu się nie otworzyły.
Dziewczyna spojrzała przez okno, poza szarymi smugami czegoś, co przypominało dym, nie była w stanie nic zobaczyć. Dym ten układał się w przeróżne kształty: twarze, ręce, nogi, włosy, całe korpusy. Z głośników, zamiast zapowiedzi następnego przystanku, kojący głos Roberta Makłowicza kazał wszystkim spać dalej. Sara zamrugała i rozejrzała się wokół, tramwaj wypełniony był ludźmi, którzy siedzieli wyprostowani, z zamkniętymi oczami. Do jej uszu dobiegł hejnał wygrywany w wieży mariackiej, ale jego dźwięki były odwrócone, sprawiały wrażenie, jakby cofały się w nieskończone echo. Poczuła nagle, że ktoś usiadł obok niej i przywarł ramieniem do jej ciała. Instynktownie skuliła się w sobie. Mężczyzna ubrany był w czarny, długi płaszcz, kątem oka zauważyła też, że był nieludzko wysoki. Spojrzała nieśmiało w jego kierunku, a on sprawnie złapał jej spojrzenie. Oczy miał jasne, niemal świecące, nie mogła w nie patrzeć, musiała odwrócić wzrok.
— Jestem Morfeusz — powiedział, a jego głos rozchodził się echem po całym tramwaju. — Kraków właśnie zapada w głęboki sen.
Sara chciała zapytać, co się stało, ale nie była w stanie wydobyć z siebie głosu. Oczy postaci przestały ją oślepiać, więc mogła przyjrzeć się dokładniej. Mężczyzna do złudzenia przypominał jej ojca, z którym nie rozmawiała od kilku tygodni. Pokłócili się o jakąś głupotę, a teraz bała się, że coś mu się stało. Nie wiedziała, co się z nią dzieje. Spojrzała przez okno i zorientowała się, że wciąż są przy tym samym przystanku. Odwróciła się do Morfeusza, by go poprosić o wyjaśnienie, ale jego już przy niej nie było. Zauważyła za to, że oczy kobiety śpiącej do tej pory naprzeciwko niej powoli zaczynają się otwierać. Patrzyła na nią z nadzieją, że chociaż ona udzieli jej jakichkolwiek informacji, ale zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć, obok kobiety usiadła mała dziewczynka i znanym już Sarze głosem powiedziała:
— Jestem Morfeusz, a Kraków właśnie zapada w głęboki sen.
Sara patrzyła na tę scenę z niedowierzaniem, próbowała wstać, ale nie mogła kontrolować swoich nóg. Ponownie pogrążyła się w głębokim śnie.
Gdy otworzyła oczy, poczuła, że tramwaj zaczyna zsuwać się z torów. Zamiast stalowych szyn, pod pojazdem rozciągała się ciemna rzeka, płynąca pośrodku miasta, które przypominało Kraków, ale jednak nim nie było. Sara przetarła oczy i uszczypnęła się w nadgarstek. Nie doświadczyła czegoś takiego nawet w czasach, gdy regularnie brała narkotyki. Inni pasażerowie wciąż spali, kołysząc się w rytm jazdy, niektórzy z otwartymi ustami, niektórzy z głową skuloną w klatce piersiowej. Patrzyła na rzekę za oknem z obrzydzeniem.
— To nie Wisła — rzekł w jej stronę Morfeusz, który tym razem przybrał formę młodego chłopca z niewielkimi, białymi skrzydełkami. Wyglądał pięknie, Sara nie potrafiła oderwać od niego wzroku.
— W jednym z tych budynków — kontynuował wskazując na dziwne budowle wznoszące się tuż nad brzegiem czarnej rzeki — mieszka mój ojciec, Hypnos. To on zsyła na ludzi sny i pozwala, by trwały. Jeśli jednak się obudzi, nikt z tego miasta już nigdy nie się nie ocknie.
Dziewczyna chciała ponownie zapytać Morfeusza, co to wszystko ma właściwie znaczyć, ale jej uwagę przykuł automat biletowy, który nagle przemienił się w wysoką, piękną kobietę o długich, kruczoczarnych włosach
— To moja siostra, Ikela — powiedział skrzydlaty chłopiec z lękiem w głosie — odpowiada za te najgorsze ze snów.
Kobieca postać zaśmiała się złowieszczo.
— Każde miasto ma swoje koszmary — wysyczała, a z jej ust buchnęła granatowa para — a ja zgotuję temu miastu takie, o których nigdy nie zapomni.
Ikela tupnęła obcasem w podłogę. Szyby tramwaju zaczęły pękać, na zewnątrz wybrzmiewała kakofonia kościelnych dzwonów, saksofonu, który zwykle można było usłyszeć na Rynku, i odwróconego hejnału. Sara chciała uciec, ale Morfeusz dotknął jej ramienia.
— Musisz iść ze mną — powiedział lodowato i zmienił postać, tym razem przypominał, przyznała z niedowierzaniem, Harry’ego Stylesa. Podłoga w tramwaju rozstąpiła się nagle i dziewczyna leciała w dół, w ciemność. Spadała w taki sposób, w jaki zwykle spada się w snach. Gdy wreszcie upadła i boleśnie uderzyła tułowiem o ziemię, znalazła się w miejscu, w którym bywała wielokrotnie, były to podziemia Rynku. Kamienne korytarze zdawały się tym razem ciągnąć w nieskończoność, oświetlane bladymi lampionami. Każdy z tych lampionów zawierał ludzkie sny. Sara spoglądała w niektóre z nich, widziała dzieci wpadające do Wisły, kochanków całujących się w bramach, staruszka mordującego księdza przy ołtarzu i młodą, modlącą się kobietę.
— Witamy w porcie snów — usłyszała za sobą nieznany głos. Odwróciła się i zobaczyła przystojnego mężczyznę o bujnych, czarnych włosach i atletycznej sylwetce. Z umięśnionych pleców wyrastały wielkie skrzydła, na których różne kolory układały się w psychodeliczne witraże. Sara mimowolnie spojrzała na ramiona mężczyzny, a ten, widząc jej zainteresowanie i rozpoznając przyczynę tych eksploracji, napiął mięśnie i pokazał dziewczynie bicepsy. Uśmiechał się przy tym zawadiacko. Sara zarumieniła się i natychmiast spuściła wzrok.
— Kim jesteś? — spytała.
— Mam na imię Fantasos. Jestem trzecim dzieckiem Hypnosa — odpowiedział i mrugnął, a wokół nich natychmiast wyrosło drzewo o niebieskich liściach, z nieba, a raczej pustej przestrzeni nad nimi zaczęły spadać białe łabędzie, które zmieniały się w żaby i skakały wokół nich.
— Twoje sny są wyjątkowe, Saro — powiedział patrząc dziewczynie głęboko w oczy — ale jeśli my ich nie ujarzmimy, zrobi to Ikela. A tego chyba byś nie chciała.
Pokręciła głową przecząco jak mała dziewczynka. Podeszła bliżej do Fantasosa i dotknęła jego skrzydeł. Zlękła się tego, co zrobiła.
— Przepraszam.
Fantasos nie odpowiedział, ale uśmiechnął się jeszcze szerzej. Podszedł do jednego z lampionów, wewnątrz którego drżał obraz małej dziewczynki bawiącej się kasztanami na Plantach.
— Każdy sen da się rozszerzyć — powiedział miękko i dał Sarze znak, by podeszła bliżej. Ta wykonała polecenie bez zawahania. Mężczyzna dotknął lampionu, który otworzył się i wciągnął ich do środka.Nagle znaleźli się na Plantach, złote, jesienne liście wirowały wokół nich. Dziecko siedziało na ławce z zamkniętymi oczami.
— Jesteśmy w cudzym śnie? — spytała Sara, czując jednocześnie, jak ziemia pod jej stopami faluje.
— Tak myślisz? — Fantasos patrzył na nią tajemniczo. — A może to twój własny, dawno zapomniany sen?
Sara podeszła do dziewczynki i dotknęła jej ramienia. Ta otworzyła oczy, dokładnie takie same oczy, jakie miała Sara.
— Obudź się — dziecko wypowiedziało te słowa, a świat wokół nich zaczął się deformować. Ławki wyginały się w różnorakie kształty, liście z chodników podnosiły się i osiadały z powrotem na drzewach, karuzele kręciły się z tak wielką prędkością, że niemal nie było ich widać. Sara przymknęła na chwilę powieki, a gdy je znów podniosła, na ławce siedziała Ikela.
— Każdy sen jest bramą, moja droga — powiedziała. — A za każdą bramą czają się cienie.
Sara poczuła, że liście znowu spadają z drzew, zaczepiają o jej ubranie i wbijają w nie swoje pazury, jak koty. Każdy liść szeptał w jej kierunku coś innego: dawno wyparte wspomnienia, krzyki, śmiech, wyznania miłości, kłótnie z ojcem.
— Kim ja jestem? — Sara nagle nie była pewna, czy jej własne wspomnienia należą do niej, czy do kogoś innego.
Fantasos złapał ją gwałtownie i wciągnął na korytarz portalu snów. Dziewczyna była blada, a przyczepione do niej liście zamieniły się w popiół i opadły na ziemię.
— Nie wolno ci za długo przebywać w minionych snach — ostrzegł ją. — To pożera twoją tożsamość.
Sara wpatrywała się w piękną postać mężczyzny. Powstrzymywała się ze wszystkich sił, ale w końcu poddała się opanowującej jej żądzy. Podeszła bliżej i jeszcze raz dotknęła skrzydeł Fantasosa. Nie sprzeciwiał się temu. Dotknął policzka dziewczyny i nachylił się by ją pocałować, ale gdy tylko dotknął swoimi ustami jej ust, kamienne ściany wokół nich zadrżały. Lampiony zaczęły gasnąć jeden po drugim, a całe podziemia wypełnił głuchy i ciężki oddech, tak powolny, że wydawał się przeciągać w nieskończoność. Fantasos spojrzał na Sarę z niepokojem.
— Obudził się — powiedział.
Marta Wierzbicka — absolwentka filologii klasycznej i Studiów Literacko-Artystycznych na Uniwersytecie Jagiellońskim. Miłośniczka niepokojącej prozy, muzyki i starożytnej Grecji. Można ją znaleźć na Instagramie na koncie @realzagreus.
Biogram