19 października 2025

Mój mąż
Aleksandra Szymkowiak

Wersja audio

 

Mój poprzedni mąż zmarł niecały miesiąc temu. Zdążyłam skremować jego zwłoki i znaleźć zadowalający komplet urn. Dobrze znam dziewczynę, która pracuje w zakładzie pogrzebowym. Kolejny raz tak nią zakręciłam, że do grobu wstawili urnę bez prochów. Właściwą trzymam na kartonie w piwnicy. Stoi w rządku, trzydziesta szósta w kolejności.

 

Wiedziałam, że w końcu nadejdzie moment, w którym znowu będę podglądana. Sprawy obierają korzystny bieg. Patrzę na kartkę z napisem „Po śmierci – Instrukcja” i ostrzę sobie zęby. Papier jest już wysłużony, muszę wreszcie zrobić ksero. Ciągle o tym zapominam.

 

Instrukcję znalazłam kilka miesięcy po śmierci Mojego Pierwszego i Jedynego Męża. Wepchnął ją za inne książki w swoim gabinecie. Muszę przyznać, że go nie doceniłam, bo, co jak co, ale znał się na biologii. Pracował jako naukowiec w Instytucie Transplantacji Molekularnej. Od zawsze wolałam starszych mężczyzn, ale teraz wiem, że oni też nie są wolni od wad. Zbyt szybko umierają, ciągle muszę szukać kogoś do podmiany.

 

Z kartką w dłoni zeszłam do piwnicy i nakreśliłam krąg na podłodze. Poszłam po urnę. Dobrze, że już za pierwszym razem nie pozwoliłam jej zakopać. Nasypałam prochy na dłoń i ułożyłam w stożek na środku koła. Nachyliłam się. Wycisnęłam z kciuka kroplę krwi, nakłuwszy opuszek szpilką. Musiałam jeszcze znaleźć mężczyznę, który stanąłby wewnątrz kręgu.

 

W tamtym czasie też ktoś mnie podglądał. Zresztą podglądacze pojawili się dopiero po śmierci Mojego Pierwszego i Jedynego Męża. Nigdy wcześniej nie byłam tak rozchwytywana.

 

Jakiś mężczyzna chodził po osiedlu z teleobiektywem i wypytywał o mnie, schowany w krzakach. Tak przynajmniej mi mówiono. Prędko go odnalazłam. Był krępym facetem po czterdziestce. Umówiliśmy się na randkę. Wyglądałam zjawiskowo. W czasie, kiedy jestem wdową, noszę czarne futro z norek. Mój Pierwszy i Jedyny Mąż mi na to nie pozwalał, chociaż płaszcz dostałam od jego matki. Tak, bez dwóch zdań miał swoje ograniczenia. Maniakalnie podpisywał petycje o zaprzestanie hodowli zwierząt futerkowych. W tej kwestii przypierał mnie do muru. Zawsze zapominam, żeby pozbawić go tego defektu.

 

Po wszystkim mężczyzna zgodził się zejść ze mną do piwnicy i stanąć w namalowanym na posadzce okręgu. Skusiłam go obietnicą seksu. Związałam mu oczy krawatem i poszłam do kuchni po nóż. Dźgnęłam go trzy razy, prosto w serce. Zwłoki, razem z prochami i kroplą krwi, podpaliłam. Nie oczekiwałam specjalnych rezultatów, ale nie miałam też nic do stracenia. Kochałam Mojego Pierwszego i Jedynego Męża, a na dodatek przeczytałam w życiu dość książek, żeby wiedzieć, że w słowo pisane należy wierzyć.

 

Wewnątrz kręgu zmaterializował się mój drugi mąż. Mieliśmy udane pożycie, ale zmarł po roku.

 

Oni wszyscy krótko żyją, od sześciu do dwudziestu czterech miesięcy. Naprzemiennie jestem wdową i mężatką. Czasami już się w tym gubię.

Zebrałam sporo doświadczenia. Od ilości prochów zależy podobieństwo do Mojego Pierwszego i Jedynego Męża, a od ilości krwi — jego miłość do mnie.

 

Szybko się uczę, chociaż mężowie stale wątpią w moją inteligencję. Tego defektu też jeszcze nie wytępiłam. Aby się jednak nie oszukiwać, układam teraz mieszane stożki. Korzystam z urn jak ze słoików w sklepie z przyprawami. Tworzę mikstury osobowościowe i uzyskuję wariację, na którą mam w tym momencie ochotę. Jako kobieta muszę być stale czujna i zaradna.

 

Ostatnią żałobę traktowałam jak wyciąganie z trzewi metalowego pręta. Trzydziesta piąta kopia mojego Pierwszego i Jedynego Męża była mi szczególnie bliska. Może to naiwne, ale miałam wrażenie, że zostanie ze mną dłużej, że się przy nim zestarzeję. Nie ubywa mi lat, a moi mężowie są ciągle w tym samym wieku.

 

Chcę przez to powiedzieć, że niedługo staniemy się równolatkami.

 

Mężczyzna, z którego powstał, również wydawał mi się atrakcyjny. Już sam sposób, w jaki mnie podglądał, wzięłam za czuły i pełen zawirowań. Byłam sama przez zaledwie parę tygodni, gdy zauważyłam na sobie czyjś wzrok. Odwracałam się za każdym razem, kiedy spojrzenie podążało za moim ciałem. Któregoś dnia wyjrzałam przez okno. Obcy mężczyzna chodził w kółko przed moim domem. W ręce trzymał bukiet irysów.

 

Wiedziałam, że to on mnie śledził. Wyszłam na chodnik i zapytałam, czy dałby się zaprosić na kolację. Zaskoczyła go moja propozycja. Podglądał mnie raptem od kilku dni. Nikt nie zakłada, że przynęta sama wpadnie w jego ręce. Nie wiedział, co ma zrobić, więc wręczył mi kwiaty. Jego ręka drżała, kiedy wyciągał ją w moją stronę. Czułam napięcie aż po opuszki palców.

 

Umówiliśmy się na dziewiętnastą.

 

Zjedliśmy u mnie. Przygotowałam pieczonego kurczaka i zapiekankę z cukinii. Pozwoliłam mu wybrać wino. Mężczyźni lubią, kiedy wyznacza się im zadania. Żeby dali się owinąć wokół palca, trzeba umiejętnie ich traktować. Pochwaliłam jego propozycję, chociaż zupełnie nie pasowała do białego mięsa i upalnego dnia.

 

Usiedliśmy na kanapie. Opowiadał o koncepcjach natury ludzkiej. Też był naukowcem, pracował na uniwersytecie. Objął mnie w pasie i wyszeptał, że intuicja podpowiada mu wiele dobrego na mój temat. Nikt poza moimi mężami tak do mnie nie mówił. Przeszło mi przez myśl, że powinnam spróbować z kimś innym.

 

Zakłuło mnie z żalu, kiedy prowadziłam go do piwnicy.

 

Trzydziesty szósty mąż zawsze śmiał się z moich żartów, choć czasami zbyt ostentacyjnie. Grywaliśmy razem w szachy i pielęgnowaliśmy azalie. Przed snem czytaliśmy na głos wiersze Elizabeth Bishop, a potem długo leżeliśmy przytuleni, nawet do rana. Uprawialiśmy sporo seksu. Jego popęd nie słabł, mimo że po przemianie męskie libido jest bardzo niskie.

 

Umarł szybko jak wszyscy. Spędziliśmy ze sobą dwa lata.

 

***

Szwendam się po domu i zahaczam skarpetami o wystające z parkietu drzazgi. Poleruję szkatułki na biżuterię i robię w szafach generalne porządki. W czasie, kiedy jestem wdową, przeglądam ubrania po mężach. Wiem, że kiedy pojawi się następny, nie pozwoli na żadne zmiany. Wyrzucam przyżółcone w kołnierzach koszule i dokupuję nową bieliznę.

 

Wieczorem włączam telewizor. Na National Geographic leci dokument o współżyciu delfinów. Co jakiś czas wyglądam przez okno. Jakiś mężczyzna przecina chodnik przed moim podwórkiem. Lektor czyta, że ze wszystkich ssaków tylko delfiny i ludzie kochają się dla przyjemności. Nalewam sobie kieliszek ajerkoniaku. Sączę go koło czterdziestu minut. Na ekranie samice delfinów ocierają się o siebie łechtaczkami. Przypomina mi się seks z moim Pierwszym i Jedynym Mężem. Wlekę się do kuchni i zmywam naczynia. Przed domem słyszę męski głos, który wykłóca się o coś przez telefon.

 

Dobrze, że znowu ktoś mnie podgląda.

 

Mężczyzna jest wysoki i dobrze zbudowany. Niedawno musiał skończyć czterdzieści lat. Widziałam go parę razy w supermarkecie. Kupował konserwy, za każdym razem inne, i mleko w proszku. Nie dostrzegłam na jego palcu obrączki.

 

Zawsze ubiera się tak samo. Nosi przyciasną parkę i przetarte na kolanach sztruksy. Możliwe, że pracuje fizycznie. Wyobrażam sobie, jak przechadza się po budowie.

 

Stożka z taką osobowością jeszcze nie mam.

 

Zakładam buty i otwieram drzwi wejściowe. Wołam go. Wzdryga się i powoli odwraca w moją stronę. Wygląda jak przyłapany na gorącym uczynku. Oni nigdy się nie spodziewają, że tak szybko się zorientuję.

 

Podrywanie młodszych mężczyzn przychodzi mi z trudem, od zawsze pociągali mnie moi starsi mężowie. Mimo wszystko się przełamuję. Nadarza się okazja, z której należy skorzystać. Proponuję mu kolację. Jest zaskoczony, ale brakuje mu śmiałości, żeby odmówić. Zapraszam go do siebie. Przez chwilę milczy, a potem wydaje z siebie garść monosylab. Przyglądam mu się z rozdrażnieniem. W końcu duka, że dopiero się wprowadził i chętnie ugości mnie w swoim mieszkaniu. Kłamie. Obserwuję go już od paru tygodni.

 

Niechętnie się zgadzam.

 

***

 

Nie mogę znaleźć pereł, które zakładam na spotkania z mężczyznami. Kupiłam je z okazji czterdziestej rocznicy ślubu. Włosy upinam w ciasny kok. Dostrzegam siwe odrosty. Nie zdążę już ich zafarbować. Maluję usta czerwoną szminką. Dopiero za trzecim razem udaje mi się nie wyjść za kontur. Chociaż trwa wiosna, owijam się futrem z norek.

 

W mieszkaniu śmierdzi śmieciami. Zatykam nos i pozwalam mu odwiesić mój płaszcz. Już od progu sili się na uprzejmość. Przynoszę ze sobą butelkę wina, chociaż wątpię, żeby miał w domu lampki. Udaję zaskoczoną, że nie przygotował nic do jedzenia. Bierze go na wyrzuty. W końcu sugeruje, żebyśmy coś zamówili. Proszę o sałatkę z krewetkami. Kiedy czekamy na dostawcę, patrzy mi się prosto w oczy i opowiada, że niedawno się rozwiódł. Kiwam głową ze smutkiem. Takie doświadczenie dobrze nie wróży.

 

Podczas jedzenia wyglądam na zaabsorbowaną wyłamywaniem głów i oddzielaniem pancerzy od mięsa. Kończę z tłustymi palcami, co stwarza mi możliwość przejścia się po mieszkaniu. Korzystam z kranu w kuchni i rozglądam się po szufladach. Lubię mieć zaplanowane wszystkie opcje.

 

Kiedy wracam do salonu, siedzi na kanapie i wpatruje się w ścianę. Przysiadam się bliżej, żeby nasze kolana się zetknęły. Odsuwa nogę. Odór z kosza na śmieci robi się coraz bardziej intensywny. Próbuję jeszcze raz. Proszę go o pomoc w przeniesieniu kartonów ze strychu do piwnicy. Proponuje, że zrobi to za kilka dni, przyjedzie po pracy, kiedy mnie jeszcze nie będzie w domu.

 

Zapada cisza. Przyglądam się własnym dłoniom. Po chwili oznajmia, że musi skorzystać z toalety.

 

Serce bije mi coraz szybciej.

 

Mrużę oczy, żeby jak najwięcej usłyszeć. W końcu dociera do mnie zgrzyt zamka. Kieruję się w stronę kuchni i ostrożnie odsuwam szufladę. Metal cicho brzęczy.

 

On nadal jest w łazience. Podchodzę pod drzwi i wstrzymuję oddech. Ze szklanego okienka niesie się łuna światła, która pada na moją twarz. Wprawiona w ruch klamka głośno skrzypi. Kiedy porusza się na dół, podnoszę dłoń, w której trzymam nóż. Ma długą rączkę i krótkie ostrze.

 

Wbijam mu je prosto w pierś.

 

Mężczyzna ciężko dyszy. Nachylam się nad nim i głaszczę go po głowie. Odmierzam czas jego oddechami. W końcu nastaje cisza.

 

W szafce pod zlewem znajduję worek wielkogabarytowy. Pakuję do niego zwłoki i związuję ze sobą uchwyty. W bloku nie ma windy, a ciało jest za ciężkie, żebym mogła je podnieść. Ciągnę je za sobą po schodach. Przy każdym stopniu worek podnosi się i opada.

 

Mam do przejścia dwie przecznice. Chłodne światło latarni odbija na chodniku cień mojej sylwetki. Garbię się. Z tej perspektywy worek wydaje się monstrualnych rozmiarów, jakbym ciągnęła potwora. Trzęsą mi się dłonie i pali mnie w uszach. Mężowie przemienieni ze zwłok zdobytych poza nakreślonym w piwnicy kręgiem żyją krócej.

 

***

 

Z trzydziestym siódmym mężem wiecznie nie możemy dojść do porozumienia. Podczas posiłków wygłasza na mój temat ceremonialne tyrady. Na kilka godzin dziennie zamyka się w gabinecie, a na drzwi nakleja kartkę z napisem „Nie przeszkadzać – zakaz wejścia”. Nalega, żebyśmy spali pod osobnymi kołdrami, a kiedy się na to godzę, proponuje oddzielne sypialnie. Łazi po domu i powtarza, że za szybko się starzeję. Na urodziny i święta zamawia mi kremy na zmarszczki i opłaca lifting pochwy.

 

Oboje jesteśmy po sześćdziesiątce i nawet nie uprawiamy seksu.

 

Narzeka na bóle stawów i żąda wizyty u lekarza. Muszę mu stale przypominać, że nie może wychodzić z domu. Chętnie skróciłabym jego męki, ale mężów z zasady nie wolno zabijać. Może to dobrze, że ogniwo zostało przywleczone z zewnątrz kręgu.

 

W końcu umiera. Jeśli chodzi o urnę, tym razem się nie wysilam. Nie będę często korzystać z jego stożka.

 

Podczas pogrzebu czuję na sobie obcy wzrok. To pewnie mężczyzna, którego dzień wcześniej widziałam przez okno. Trzymał w ręce lornetkę.

 

Kładę się do łóżka w sypialni i obmyślam plan. Będę sama jeszcze przez dwa tygodnie. Do tego czasu zdążę się dowiedzieć, kto mnie podgląda.

Miejsce w piwnicy jest już gotowe.

 

Aleksandra Szymkowiak (ur. 2002) — studentka psychologii, badaczka i początkująca pisarka. Publikowała w Tlenie Literackim, Suburbiach i na stronie Odry. Mieszka na wrocławskich Krzykach.