– Czasem czuję się, jakbym była poza czasem.
– Jakie to uczucie?
– Outside of time… a może beyond time?
– Nie powiedziałbym, że to to samo.
– Obudziłam się dzisiaj z lekką pustką w sercu. Rozejrzałam się po pokoju i odsłoniłam firanki, próbując znaleźć spoiwo mnie i świata na zewnątrz. Przez chwilę czułam się zamknięta w akwarium, a to co było poza nim, zdawało się być tylko gęstą, szarą mgłą. Wróciłam do łóżka i wtuliłam się w największą poduszkę. Zapragnęłam bardzo mocno przytulić się do znanego mi ciała, pachnącego znajomo i bliskiego mi w dotyku. Czułam jednocześnie nerwy nakazujące mi wstawać z racji późnej godziny.
– Która była godzina?
– 6:34. potem wstałam, żeby zrobić sobie kawę. Widziałam autobus za oknem i ludzi stojących na przystanku. Świat jednak istniał.
– Brzmi niepokojąco, jak niedziela.
– W zeszłą niedzielę obudziły mnie krzyki rżnących się sąsiadów.
– Miło, że się dogadują.
– Napisałam mu dzień dobry, a on odpisał, że ma ogromną ochotę mnie dzisiaj rżnąć.
– Miło, że użył właśnie tego słowa.
– Oblałam kawą książkę, która spadła z półki na kubek, łamiąc po drodze jedyny jeszcze żyjący
w moim zimnym pokoju kwiat. Niebo bez zmian, wciąż błękitne, ale jeszcze nie sine. Wiesz, ten przedwiosenny błękit jest dobijający. Szczególnie w niedzielę.
– W niedzielę nie da się nakręcić sprężyny. Zazwyczaj się temu po prostu poddaję. Może tak musi być?
– Zawsze, kiedy nie mogę nakręcić sprężyny, myślę o wodzie. Myślę o tym, że pływam, nieważne, czy woda jest ciepła czy zimna, czy fale są duże czy nie. Myślę o tym, jak mnie oplata i jak czuje każdy swój mięsień, opierając się jej. Myślę o jej intensywnym smaku, który próbuje mi wcisnąć. Myślę o jej sile. Myślę o tym, że ona jest gdzieś, na pewno, musi być, bo inaczej nie byłoby świata.
– Wyjątkowo piękna niedzielna nieskończoność.
– Wszystko, co dziś odczuwam, ciągnie się niczym słodkie do mdłości ciągutki. Śmiem wątpić, że jest to stan przyjemny czy pożądany.
– Poczucie nieskończoności rozpatrywać można na różne sposoby.
– Skończone jest idealne, więc nieskończone nigdy takie nie będzie.
– Dlaczego?
– Poczucie nieskończoności to swędzący fragment skóry, który drapiesz, a on wciąż swędzi. Sama czynność jest przyjemna, ale efekt? Po drugie, poczucie nieskończoności jest w danym momencie czymś na kształt fałszywego spełnienia, chwilowego osiągnięcia celu. Cel wciąż narasta i oddala się, zmieniając w syzyfową pracę.
– Chyba nie myślałem o tym tak dużo i mocno jak ty.
– Uderzyło mnie to nagle, błyskawica rozdarła mój umysł po miłosnym akcie. Leżąc
w ramionach ukochanego, wciąż nie mogłam pozbyć się wrażenia, że niemożliwym jest nasycić się ciałem, ciepłem i wzrokiem ukochanej osoby. Nieważne jak mocno drapię, nie potrafię wypełnić tej pustki, która odradza się i namnaża jak bakteria.
– I ciągnie jak ciągutka.
– Jednak tego typu przyjemności nie są jedynymi w swojej wadliwości. Od literatury po wypowiedź ustną, od tworzenia sztuki po jej bezkres w muzeach, od rywalizacji po kompleksy. No i balet. To wszystko ciągnie się i przerywa, i wciąż swędzi, i nęci. Czasami jest to ekscytujące, biorąc jednak pod uwagę efekt końcowy – demotywujące. Więc tak, coś będącego jednocześnie siłą napędową naszego życia, zakładając, że taka istnieje, jest w gruncie rzeczy pozbawione sensu, jak i sensu tego życia właśnie nie tłumaczy. Całego procesu nie nazwałabym niczym innym, jak tęsknotą.
– Heimweh?
– Tak. Boli.
– Zawsze, kiedy chcę nakręcić sprężynę myślę o nieskończoności właśnie. Nie wiem, dlaczego myślę, że to może pomóc. Myślę o obłokach na niebie. Myślę o tym, jak płyną bez końca.
– Ruszają się czy nie?
– Tak. Przyjrzyj się chwilę dłużej.
– Masz rację. Płyną.
Weronika Wieczorek pochodzi ze Szczecina, ale aktualnie mieszka nad morzem. Przyszły muzeolog. Patrzy i dokumentuje. Można ją znaleźć na Instagramie na koncie @kocikaprys.